Po skandalu związanym z aresztowaniem Harvey’a Weinsteina siłą rzeczy The Weinstein Company przechodziło trudny okres. Odłożyło to w czasie premierę kilku filmów wyprodukowanych przez firmę. I tak półkownikiem stał się wydany przed kilkoma miesiącami “Polaroid”, dość przeciętny horror, który mimo wszystko przypadł mi do gustu. Nie inaczej stało się z “Wojną o prąd”, której zwiastun widziałem już dobre kilkanaście miesięcy temu. Nie żebym jakoś nadmiernie czekał na ten film, ale gdy dzieło Alfonso Gomeza-Rejona po dwuletnim pobycie w limbo weszło wreszcie na ekrany polskich kin, skuszony obecnością w obsadzie Cumberbatcha i Hollanda udałem się do kina. I pomimo że byłem wypoczęty i poszedłem na dość wczesny seans, w trakcie oglądania cudem tylko uniknąłem wpadnięcia wprost w objęcia (doceńcie piękny rym wewnętrzny!) Morfeusza.

Plakat filmu Wojna o prąd
Plakat filmu

Gomez-Rejon przybliża widzom historię wyścigu technologicznego, jaki miał miejsce pod koniec XIX wieku pomiędzy kontrowersyjnym wynalazcą Thomasem Edisonem, a prominentnym biznesmenem George’m Westinghousem. Reżyser pokazuje nam zarówno życie prywatne, jak i rozwój kariery obu panów, razem ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Co prawda gdzieś tam w tle zza transformatora nieśmiało wychyla się zapowiadany przez zwiastuny Nikola Tesla, ale ostatecznie w filmie jest go tyle co kot napłakał. 

Rzecz jasna rozwój technologiczny jest bardzo istotnym elementem “Wojny o prąd”, ale wbrew moim oczekiwaniom dzieło Gomeza-Rejona skupia się na biznesowej stronie elektryfikacji Ameryki, a reżyser z lubością zagłębia się w szczegóły działalności firm Edisona oraz Westinghouse’a. Niestety Gomez-Rejon nie chce lub nie potrafi uczynić bohaterem filmu ogólnie pojętego postępu, którego awatarami byłyby główne postacie. Finalnie więc scenariusz “Wojny o prąd” jest rozdarty między chęcią pokazania procesu dążenia do nowoczesności oraz przedstawienia zasad rządzących tamtejszym rynkiem. Takie niezdecydowanie skutkuje ciągłym i całkowicie zbędnym skakaniem pomiędzy wątkami i skutecznie zabija jakiekolwiek napięcie. Zresztą dodatkową kulą u nogi scenariusza jest niechlujne podejście do wątku tytułowej wojny o prąd, który z początku zdaje się być dla reżysera źródłem napięć pomiędzy postaciami, by za chwilę zostać porzuconym na rzecz nic niewnoszących wątków pobocznych.

Dzieło Gomeza-Rejona choruje również na prawie absolutny brak emocji. Nadmiernie skondensowany scenariusz ze zbyt wieloma wątkami, połączony ze zdecydowanie zbyt szybkim i skokowym montażem skutecznie zniechęcają do zanurzenia się w głąb opowiadanej historii. Widać wyraźnie, że sadystyczny montażysta nie oszczędził “Wojny o prąd” – kolejne nieuporządkowane wydarzenia dzieją się w ekspresowym tempie, a wykreowany chaos dodatkowo zaciera i tak już niezbyt jasną tematykę filmu. Nie pomagają też w tym wszystkim aktorzy. Benedict Cumberbatch, wcielający się w Thomasa Edisona, gra od niechcenia i tworzy niejako mdłą wariację na temat swojej postaci z “Sherlocka” (bardzo nudną wariację, dodajmy, i to mimo mojej ogromnej sympatii do tego aktora), Tomowi Hollandowi brakuje charyzmy i kilku lat na karku, a Nicholas Hoult jako Tesla jest nieprzyjemnie karykaturalny. Zresztą, tak na marginesie, wątek Tesli jest całkowicie zbędny, a jego obecność tylko dodatkowo rozmywa i tak już niezbyt klarowną opowieść.

Dobry występ natomiast zaliczył Michael Shannon. George Westinghouse w jego interpretacji jest odpowiednio stonowany, ma w sobie zarazem coś z dostojnego dżentelmena i krwiożerczego kapitalisty. Scenariusz co prawda nie pozostawia aktorowi zbyt wiele miejsca do popisu, ale Shannon był w stanie wydobyć ze swojej postaci na tyle charyzmy, że częściowo uratował główny wątek filmu. Końcowa scena z jego udziałem to bodaj jedyny moment, w którym reżyserowi udało się zbudować tak potrzebne dla filmu emocje. Na tle reszty scenariusza wyróżniał się natomiast wątek związany z krzesłem elektrycznym, który stanowił najlepszy element fabuły. To właśnie w nim najlepiej wybrzmiewają etyczne rozważania nie tylko nad granicami wdrażania odkryć w rzeczywistość, ale też nad moralnością postępu jako takiego.

Najlepszym elementem “Wojny o prąd” są zdecydowanie zdjęcia. Odpowiedzialny za nie Chung-hoon Chung wywiązał się znakomicie z powierzonego mu zadania. Praca kamery w poszczególnych scenach często zachwyca rozmachem, kolorystyką czy przyjętą konwencją estetyczną. Wiele kadrów to wręcz piękne pocztówki, żywcem wyjęte z końcówki XIX wieku. Chung miał też pomysły na kilka ciekawych ujęć z nietypowym ruchem kamery. Owe ujęcia gubią się co prawda w bałaganie stworzonym przez montaż, ale jako małe, zamknięte całości zachwycają pięknem. W stworzeniu solidnej strony wizualnej uzupełnianej przez niezłą, choć niewyróżniającą się muzykę pomogła imponująca scenografia, uzupełniana przez dobre, przezroczyste efekty specjalne. W ogóle realia epoki, od kostiumów, przez pojazdy, aż po miasta zostały oddane z satysfakcjonującą pieczołowitością, dzięki czemu fani filmów historycznych powinni być ukontentowani.

Solidna strona audiowizualna sprawia, że słaby scenariusz, mocno przeciętna gra aktorska i niszczący emocje montaż są podwójnie irytujące. “Wojna o prąd” bowiem mogła być świetnym lub chociaż bardzo dobrym filmem, który czarowałby estetyką, a przy okazji ciekawie opowiadał o amerykańskich wynalazcach końca XIX wieku. Niestety jednak, jak to w życiu, moje marzenia się nie spełniły, a Gomez-Rejon zaserwował widzom film niesamowicie nudny, wyzuty z emocji, mało wyrazisty, oferujący jedynie piękną oprawę audiowizualną. “Wojna o prąd” to doskonały przykład na to, że ze złego scenariusza nie da się stworzyć dobrego filmu.

  • oryginalny tytuł: The Current War
  • data premiery: 2019
  • gatunek: biograficzny, dramat historyczny
  • reżyseria: Alfonso Gomez-Rejon
  • scenariusz: Michael Mitnick
  • aktorzy: Benedict Cumberbatch, Michael Shannon, Nicholas Hoult, Tom Holland, Tuppence Middleton
  • moja ocena: 4/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Biograficzny, Dramat, Historyczny

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o