Wojna o prąd (2019) to biografia, która nie zachwyca

Reklama

Po skandalu związanym z aresztowaniem Harvey’a Weinsteina siłą rzeczy The Weinstein Company przechodziło trudny okres. Odłożyło to w czasie premierę kilku filmów wyprodukowanych przez firmę. I tak półkownikiem stał się wydany przed kilkoma miesiącami Polaroid, dość przeciętny horror, który mimo wszystko przypadł mi do gustu. Nie inaczej stało się z “Wojną o prąd”, której zwiastun widziałem już dobre kilkanaście miesięcy temu. Nie żebym jakoś nadmiernie czekał na ten film, ale gdy dzieło Alfonso Gomeza-Rejona po dwuletnim pobycie w limbo weszło wreszcie na ekrany polskich kin, skuszony obecnością w obsadzie Cumberbatcha i Hollanda udałem się do kina. I pomimo że byłem wypoczęty i poszedłem na dość wczesny seans, w trakcie oglądania cudem tylko uniknąłem wpadnięcia wprost w objęcia (doceńcie piękny rym wewnętrzny!) Morfeusza.

Plakat filmu Wojna o prąd
Plakat filmu

Gomez-Rejon przybliża widzom historię wyścigu technologicznego, jaki miał miejsce pod koniec XIX wieku pomiędzy kontrowersyjnym wynalazcą Thomasem Edisonem, a prominentnym biznesmenem George’m Westinghousem. Reżyser pokazuje nam zarówno życie prywatne, jak i rozwój kariery obu panów, razem ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Co prawda gdzieś tam w tle zza transformatora nieśmiało wychyla się zapowiadany przez zwiastuny Nikola Tesla, ale ostatecznie w filmie jest go tyle co kot napłakał. 

Rzecz jasna rozwój technologiczny jest bardzo istotnym elementem Wojny o prąd, ale wbrew moim oczekiwaniom dzieło Gomeza-Rejona skupia się na biznesowej stronie elektryfikacji Ameryki, a reżyser z lubością zagłębia się w szczegóły działalności firm Edisona oraz Westinghouse’a. Niestety Gomez-Rejon nie chce lub nie potrafi uczynić bohaterem filmu ogólnie pojętego postępu, którego awatarami byłyby główne postacie. Finalnie więc scenariusz Wojny o prąd jest rozdarty między chęcią pokazania procesu dążenia do nowoczesności oraz przedstawienia zasad rządzących tamtejszym rynkiem. Takie niezdecydowanie skutkuje ciągłym i całkowicie zbędnym skakaniem pomiędzy wątkami i skutecznie zabija jakiekolwiek napięcie. Zresztą dodatkową kulą u nogi scenariusza jest niechlujne podejście do wątku tytułowej wojny o prąd, który z początku zdaje się być dla reżysera źródłem napięć pomiędzy postaciami, by za chwilę zostać porzuconym na rzecz nic niewnoszących wątków pobocznych.

Dzieło Gomeza-Rejona choruje również na prawie absolutny brak emocji. Nadmiernie skondensowany scenariusz ze zbyt wieloma wątkami, połączony ze zdecydowanie zbyt szybkim i skokowym montażem skutecznie zniechęcają do zanurzenia się w głąb opowiadanej historii. Widać wyraźnie, że sadystyczny montażysta nie oszczędził Wojny o prąd – kolejne nieuporządkowane wydarzenia dzieją się w ekspresowym tempie, a wykreowany chaos dodatkowo zaciera i tak już niezbyt jasną tematykę filmu. Nie pomagają też w tym wszystkim aktorzy. Benedict Cumberbatch, wcielający się w Thomasa Edisona, gra od niechcenia i tworzy niejako mdłą wariację na temat swojej postaci z Sherlocka (bardzo nudną wariację, dodajmy, i to mimo mojej ogromnej sympatii do tego aktora), Tomowi Hollandowi brakuje charyzmy i kilku lat na karku, a Nicholas Hoult jako Tesla jest nieprzyjemnie karykaturalny. Zresztą, tak na marginesie, wątek Tesli jest całkowicie zbędny, a jego obecność tylko dodatkowo rozmywa i tak już niezbyt klaro