Parafrazując klasyczny tekst z jednej z moich ulubionych gier: astrologowie ogłaszają miesiąc październik – populacja studentów w Illinois zmniejsza się. W 1978 roku przyczynił się do tego Michael Myers, zamaskowany zbieg ze szpitala psychiatrycznego, który w sennym miasteczku Haddonfield postanowił dorwać spokojną nastolatkę Laurie, czego efektem było skodyfikowanie gatunkowych schematów slashera, a przy okazji kultowy film. W 2019 zaś depopulacji studentów mieszkających w Illinois winni są właściciele położonego w lesie domu strachów, którzy postanowili podkręcić intensywność przeżyć gości i postawić na całkowity realizm. 

Plakat filmu Dom Strachów (2019)
Plakat filmu

Harper przez całe swoje dzieciństwo doświadczyła przemocy domowej. I choć umknęła z rodzinnych pieleszy, nie jest w stanie uciec od agresji fizycznej swojego chłopaka. Jej przyjaciółki wyrywają ją na miasto, na halloweenową imprezę. Ekipa studentek wraz z dwoma nowo poznanymi chłopakami postanawiają udać się do domu strachów. Co prawda jest on położony w środku lasu i ma tylko jedną recenzję w Google, ale hej, czego nie robi się dla odrobiny dreszczyku?

Beck i Woods, czyli duet reżyserski odpowiedzialny za “Dom strachów” i znany z niezłego “Cichego miejsca”, nie próbują kombinować na siłę czy składać obietnic bez pokrycia. Po krótkim zaprezentowaniu kilku morderczych gadżetów i przygotowań do halloweenowej nocy reżyserzy w klasyczny już dla gatunku sposób przedstawiają miejsce wydarzeń, nawiązując przy tym do bogatego dziedzictwa “Halloween”. Dalej jest równie dobrze – poznajemy grupkę dość sympatycznych protagonistów, a sceny doprowadzające bohaterów do tytułowego miejsca okraszone są odpowiednią dawką humoru i dramaturgii.

Jak to zwykle bywa w slasherach, fabuła dzieła Becka i Woodsa jest tylko pretekstem mającym usprawiedliwić dziwne wytwory wyobraźni scenografów i charakteryzatorów. Przez cały film przewija się wątek traumy, jaką pozostawiło w psychice głównej bohaterki nieszczęśliwe dzieciństwo, ale jest on zbyt banalny, potraktowany jako użyteczne narzędzie, wytrych do zaskakującego zakończenia. Ciężko odmówić reżyserom ciekawego pomysłu na realizację owego wątku, a jedna ze scen blisko końca filmu zachwyca doskonałym montażem retrospektywnym, ale ostatecznym efektem takich decyzji fabularnych jest kolejna mało ciekawa wersja final girl (i to pomimo tego, że odgrywająca Harper Katie Stevens zdecydowanie wpisuje się w mój kanon urody). Taki jest właśnie problem ze slasherami – gdy jeden do jednego czerpie się ze schematów, wykonanie i pomysł muszą być świetne, a fabuła dzieła Becka i Woodsa taka nie jest.

Na szczęście jednak “Dom strachów” błyszczy pod względem realizacyjnym. I choć twórcy dysponowali niewielkim budżetem, udało im się wykreować hipnotyzujące kostiumy i scenografię. Wnętrze tytułowego miejsca jest zarazem klaustrofobiczne i przerażające, momentami balansujące na krawędzi groteski, lecz jej nieprzekraczające. Do tego czuć, że reżyserzy niejeden dom strachu odwiedzili, czego efektem były świeże, kreatywne pomysły na kolejne pułapki i straszaki. Szczególnie spodobał mi się pokój wypełniony ludźmi z białymi prześcieradłami – gdybym podczas zwiedzania domu strachów znalazł się w takim otoczeniu, prawdopodobnie wylądowałbym na SORze z podejrzeniem zawału.

Drugim z filarów, na których stoi “Dom strachów”, jest bardzo dobre dawkowanie napięcia. Reżyserzy udowodnili, że umiejętność budowania atmosfery niepewności charakterystycznej dla slashera opanowali na czwórkę z dużym plusem. Beck i Woods kilkukrotnie podkładają widzom fałszywe tropy i bawią się z ich oczekiwaniami poprzez zaskakujące twisty. W kilku momentach tempo filmu lekko siada, ale przez większość czasu udało się twórcom wciągnąć mnie w wir wydarzeń. Pomagają w tym pomysłowi antagoniści w maskach. Ich kreacje mają w sobie coś z Michaela Myersa, który w “Halloween” był uosobieniem czystego zła. Jak dla mnie przeciwnicy Harper to zdecydowanie najciekawszy element “Domu strachów”.

To właśnie barki tych złych stanowią trzeci i ostatni filar dzieła duetu Beck-Woods. Potencjalna czwarta podpora, główni bohaterowie, nie wytrzymuje próby czasu. Co prawda z początku protagoniści są całkiem sympatyczni i zabawni, ale wraz z upływem czasu ich zachowania i decyzje zaczynają irytować i nudzić. Nie pomagają w tym wszystkim przeciętne występy młodych aktorów, którzy wprawdzie dość solidnie odgrywają przerażenie, ale nie są w stanie wyciągnąć ze swych ról choć odrobiny innych emocji. Szczególnie sztucznie wypadło napięcie miłosne pomiędzy Harper a świeżo poznanym Nathanem, żywcem wyjęte z youngadultowych romansideł. 

I właśnie chyba niezbyt udana postać Harper, wpisująca się w schemat final girl, jest czymś w rodzaju gwoździa do trumny dla “Domu strachów”. Mógł to być genialny slasher, nie redefiniujący gatunku, ale realizujący jego schematy w świeży i wizualnie zachwycający sposób. Duet reżyserów nie poradził sobie z tym zadaniem, ale ich dziełu mimo wszystko ciężko odmówić ogromnych walorów rozrywkowych i cieszącej oko realizacji. Brak świeżości i słabo zrealizowany wątek traumy mogą odrzucić od filmu wielu widzów, ale ostatecznie  “Dom strachów” to solidny, sprawiający ogrom frajdy slasher, który powinien spodobać się szerokiej publiczności, nawet jeżeli owa publiczność szybko o dziele duetu reżyserskiego Beck-Woods zapomni.

  • oryginalny tytuł: Haunt
  • data premiery: 2019
  • gatunek: horror
  • reżyseria: Scott Beck, Bryan Woods
  • scenariusz: Scott Beck, Bryan Woods
  • aktorzy: Katie Stevens, Will Brittain, Andrew Caldwell, Shazi Raja, Lauryn Alisa McClain
  • moja ocena: 6/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Horror, Slasher

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o