Czarny Mercedes (2019) jest żenujący. Recenzuję polski kryminał historyczny

Reklama

Gdybym przed seansem nic nie wiedział o “Czarnym Mercedesie”, to po wyjściu z kina określiłbym ten film mianem nieudanego pastiszu jednej z gorszych powieści Agathy Christie, której fabułę zaadaptowano do realiów okupowanej Warszawy okresu II wojny światowej. Przed radosnym udaniem się do Cinema City przeczytałem parę dość krytycznych recenzji oraz wywiad z reżyserem, które nieznacznie obniżyły moje oczekiwania. Jednak prawdę mówiąc, ku mojemu zaskoczeniu, nie spodziewałem się aż tak słabego, kiczowatego i skrajnie seksistowskiego filmu o prawie zerowej wartości artystycznej i rozrywkowej.

Plakat filmu Czarny Mercedes w reżyserii Janusza Majewskiego.
Plakat filmu

Karol Holzer to polski adwokat, który prowadzi kancelarię w okupowanej Warszawie, a w wolnej chwili pomaga polskiemu podziemiu w rozmaitych operacjach prawno-finansowych. Gdy pewnego dnia wraca z pracy do domu, znajduje martwą żonę z nożem wbitym w plecy. Morderstwem zajmuje się nadkomisarz Rafał Król z granatowej policji, utalentowany detektyw, tak samo jak Holzer współpracujący z AK. Sprawa okazuje się być wielowątkowa, a do tego jedną z najważniejszych postaci śledztwa okazuje się być przyjaciel adwokata, oficer SS Maximilian von Fleckenstein.

Niestety intryga kryminalna w dziele Majewskiego jest zwyczajnie nieciekawa, na dodatek reżyser niespecjalnie daje widzom jakikolwiek powód do wczucia się w prowadzone śledztwo. Wszystkie postacie są grubymi nićmi szyte, zarysowane głównie poprzez schematy gatunku oraz wszechobecny kicz. Problem w tym, że ów kicz nie jest w żaden sposób przefiltrowany przez ironię, ba, wydaje się, że Majewski nie jest go nawet świadomy! Nagromadzenie elementów żywcem wyjętych z tandetnych, przedwojennych kryminałów nie tylko psuje jakiekolwiek próby budowania klimatu okupowanej Warszawy, ale także skutecznie odziera film z powagi.

“Czarny mercedes” zdecydowanie cierpi na brak głównego, wyrazistego bohatera, na którego barkach reżyser mógłby złożyć obowiązek pchania fabuły do przodu. Traci na tym zarówno wątek śledztwa, który wyzuty jest z ikry i dynamizmu, jak i wątki obyczajowo-miłosne powiązane z osobami Holzera, jego żony i niemieckiego oficera. Prowadzący śledztwo Król to chyba najciekawsza postać całego filmu, której ciężko odmówić charyzmy i pewnego wdzięku kojarzącego się z kinem noir. Scenariusz jednak sukcesywnie rzuca detektywowi kłody pod nogi, a grający śledczego Andrzej Zieliński momentami zbyt bardzo szarżuje z rolą. Wątek kryminalny może i miałby pewien potencjał, ale śledztwo idzie do przodu nie dzięki działaniom Króla, który ostatecznie nie jest w stanie w jakikolwiek sposób wykorzystać znalezionych poszlak, a przez dziwne zbiegi okoliczności.

Reklama

Ze zredukowanym wątkiem obyczajowym, dzieło Maje