W 1987 roku wydano “Łabędzi śpiew”, postapokaliptyczną powieść Roberta McCammona opisującą wojnę atomową pomiędzy USA i Związkiem Radzieckim. Dzieło amerykańskiego pisarza przeczytałem ładnych parę lat temu. Wywarło ono na mnie ogromne wrażenie i przyczyniło się do fascynacji tematem wyścigu nuklearnych zbrojeń. “Łabędzi śpiew”, porównywany przez krytyków z wcześniejszym “Bastionem” (i o wiele od dzieła Kinga lepszy), wpisał się w silny w latach 80 trend obawy przed wojną atomową. Antynuklearny prąd w zachodniej kulturze odżył za sprawą wyboru Ronalda Reagana na prezydenta, a właściwie przez obraną przez niego w polityce zagranicznej doktrynę Reagana. Jako wyraz sprzeciwu wobec możliwej wojny atomowej, a także ostrzeżenie przed jej zgubnymi skutkami, na ekrany kin weszło “Nazajutrz” (1983, reż. Nicholas Meyer), pozytywnie przyjęte przez amerykańską publiczność. Po podpisaniu w 1987 roku traktatu rozbrojeniowego INF Reagan miał rzekomo przesłać do Meyera telegram z podziękowaniami za otworzenie oczu międzynarodowej społeczności. “Threads” to brytyjska odpowiedź na “Nazajutrz” – co prawda zrealizowana za dość niewielkie pieniądze, ale produkcji podjęło się BBC, a patronat naukowy nad projektem objął Carl Sagan. Cel reżysera, Micka Jacksona, był jasny: realistyczne ukazanie skutków wojny atomowej. A to udało się osiągnąć z przerażającą dokładnością.

Plakat filmu

Młoda para mieszkańców Sheffield, Ruth i Jimmy, to zwykli Brytyjczycy. On fascynuje się piłką nożną, a wolne chwile spędza w pubie lub we własnym ptaszniku. Ona pracuje, czyta i wciąż mieszka z rodzicami. Gdy okazuje się, że Ruth jest w nieplanowanej ciąży, para decyduje się na ślub i wynajęcie własnego mieszkania. Plany zakochanych komplikuje jednak sytuacja geopolityczna, a konkretniej szybko eskalujący konflikt spowodowany wkroczeniem wojsk Układu Warszawskiego do Iranu. Z każdym dniem sprawy przybierają coraz gorszy obrót.

“Threads” to jedno z tych dzieł, które określiłbym mianem wizjonerskich. Choć budżet przeznaczony na produkcję był niski, widać w dziele Jacksona sznyt BBC. Bodaj najciekawszym elementem filmu jest ciągła gra dwóch sprzecznych ze sobą konwencji. Reżyser początkowo tworzy wrażenie, że “Threads” to zwykły film fabularny, śledzący losy kilku kluczowych postaci z dwóch rodzin. I tak historię narastającego konfliktu geopolitycznego widz śledzi za pomocą urywków gazet i fragmentów wiadomości radiowych czy telewizyjnych. Początkowo głównych bohaterów nie interesuje napięcie w światowej polityce. Ruth i Jimmy mają własne życie i plany na przyszłość. Może i nie jasno zarysowane, w końcu para głównych bohaterów wciąż poszukuje swojej drogi, ale tylko dodaje im to uroku.

Dość szybko jednak reżyser odkrywa karty i wprowadza drugą, paradokumentalną konwencję, przeplatającą się z właściwą historią. W “Threads” obecna jest słowna narracja, zarówno w postaci dopowiadającego fakty lektora, jak i pojawiających się na ekranie napisów. Wskazówkę odnoszącą się do prawdziwej natury filmu dostajemy już podczas pierwszej sceny, w której narrator opowiada o współczesnym, zurbanizowanym społeczeństwie. Początkowo brzmi to jak motto utworu, ale wraz z poczynionymi przez reżysera zmianami konwencji wstęp nabiera nowego, upiornego znaczenia. O wiele bardziej przerażająca jest jednak sucha, wręcz bezduszna narracja tekstowa wyrażona w formie oszczędnych, niebieskich napisów, które w swojej formie przypominają komunikaty alarmowe lub notki prasowe. Jackson w warstwie tekstowej nie pozwala sobie nawet na odrobinę emocji, przez co z jednej strony widz ma wrażenie obcowania z bezstronnym, choć fabularyzowanym reportażem, z drugiej zaś czuje ogromny niepokój spowodowany dysonansem poznawczym.

W kilku scenach na pierwszy plan wyciągnięte zostają wątki antywojenne. Pokojowe protesty wzywające do globalnego rozbrojenia są zakłócane przez prowokatorów, a następnie brutalnie tłumione przez policję. Mimo że film sponsorowała państwowa telewizja, Jackson nie ma złudzeń na temat przygotowania brytyjskiego rządu do wojny. Obrona cywilna Sheffield stara się jak może, ale z powodu niewystarczającego wyszkolenia, a także braku funduszy i środków nie jest w stanie niczego osiągnąć. Reżyser wyciąga na światło dzienne dwa największe lęki Brytyjczyków: bezpośredni atak na wyspiarskie królestwo oraz niedobory żywności. Ten drugi wątek Jackson rozwija z perfekcyjnym wręcz wyczuciem. W drugiej części filmu składy żywności pilnowane są przez uzbrojoną policję, a miasta opanowane zostały przez szabrowników. Pogoń za zaspokojeniem potrzeb kalorycznych przeradza się w gorzki symbol upadku i zezwierzęcenia rzuconego na kolana społeczeństwa brytyjskiego, a jedzenie staje się walutą, bożkiem i sensem życia ocalałych.

Przede wszystkim jednak “Threads”, mimo wyjątkowo suchej narracji, zawiera w sobie ogromny ładunek emocjonalny, który uderzył we mnie z siłą kilku megaton. Nie dziwię się zresztą, że dzieło Jacksona wielokrotnie umieszczano w czołówkach zestawień najsmutniejszych filmów świata. Od dawien dawna nie uroniłem łzy podczas obcowania z kinem, a podczas sceny wycia syren alarmowych w Sheffield po prostu się rozpłakałem. W pierwszej części swojego dzieła reżyser w subtelny, wyważony sposób przedstawia postacie dramatu i sprawia, że widzom zaczyna na nich zależeć. Co istotne, nie ma w filmie postaci dobrej czy niewiarygodnej – każdy z bohaterów jest na swój sposób realistyczny i niepowtarzalny. Wykreowane wcześniej emocjonalne przywiązanie Jackson w sadystycznym celu wykorzystuje w drugiej części filmu, w której postacie przechodzą przez prawdziwe piekło. Dydaktyczne przesłanie “Threads” momentami aż bije po oczach, ale na szczęście robi to bez mdłego moralizowania.

Ów dydaktyzm filmu ma rację bytu nie tylko ze względu na scenariusz i grę konwencji, ale także dzięki doskonałej warstwie wizualnej. Jackson postanowił nakręcić “Threads” w formacie 4:3, który znacząco zawęża perspektywę kadrów. Decyzja ta (związana z telewizyjnością filmu, to prawda, ale wciąż będąca artystycznym wyborem), połączona z ponurym, szarym doborem kolorów, buduje upiorną atmosferę nuklearnej zimy. Druga część filmu to kwintesencja postapokaliptycznego kina. Reżyser ze szczerą bezkompromisowością pokazuje spopielone atomowym ogniem, rozkładające się ciała, leżące wśród gruzów. Nie stroni też od śmierci i cierpienia, którymi film jest wręcz przeładowany. Ocalali zamieniają się z czasem w zdegenerowane, pozbawione człowieczeństwa zwierzęta, a przyszłość społeczeństwa gorzko podsumowuje jeden z oficerów obrony cywilnej: “We are back to the survival of the fittest”.

Jackson ciekawie gra symboliką niektórych scen. I tak dziecko Ruth i Jimmy’ego, symbol życia, poczęte zostaje w samochodzie, w sielankowej atmosferze, jeszcze przed rozpoczęciem kryzysu. Po kilkunastu minutach filmu Jimmy uprawia przygodny seks w tym samym miejscu, w tym samym samochodzie. Miłosne uniesienia przerywa konwój brytyjskich czołgów. Reżyser unika pokazania pojazdów wprost – widać jedynie odbijające się w szybie reflektory, oślepiające przerażoną parkę. Zresztą w poprzedniej scenie, w której Jimmy z kumplem piją piwo w barze, stali bywalcy z niepokojem oglądają wiadomości, a z ich min wyczytać można pierwotną wręcz grozę. Brak tutaj tak charakterystycznego dla kultury Zjednoczonego Królestwa połączenia pubu z czymś wesołym, relaksującym. Zamiast tego brytyjski dom spotkań staje się katalizatorem społecznych lęków. Jackson zdaje się mówić: od wojny atomowej nie da się uciec. Gdy świat stanie na jej progu, finał musi być jeden: całkowita anihilacja.

O takiej wymowie świadczą dwie najistotniejsze sceny filmu. Jedna z nich to wybuch bomby, który pod względem technicznym zrealizowany jest wręcz wzorowo. Jackson sięga tutaj po środki wyrazu użyte wcześniej przez jednego z arcymistrzów kina, Sidney’a Lumeta, w zakończeniu świetnej, nieco zapomnianej dzisiaj “Czerwonej Linii” (1964, reż. Sidney Lumet). Pomimo że drugi raz widziałem ten sam zabieg, scena eksplozji szokuje, głównie dzięki fenomenalnemu montażowi, który podkreśla ślepą, destrukcyjną siłę rozszczepienia jądra atomu. Znacznie bardziej zatrważające jest jednak zakończenie, chyba najlepszy element filmu. W finale Jackson w brutalny, obrazoburczy, ale i niezwykle emocjonalnie niepokojący sposób ucina jakiekolwiek marzenia o nadziei. Konkluzja stanowi kropkę nad ponurą wymową całości: ludzkość po wojnie atomowej bezwzględnie skazana jest na zagładę. Bez szans na odkupienie, bez szans na nowy początek. Nie skłamię, jeżeli powiem, że finał “Threads” to jedno z najbardziej pesymistycznych, gorzkich zakończeń w historii kinematografii.

  • oryginalny tytuł: Threads
  • data premiery: 1984
  • gatunek: katastroficzny
  • reżyseria: Mick Jackson
  • scenariusz: Barry Hines
  • aktorzy: Karen Meagher, Reece Dinsdale, Harry Beety
  • moja ocena: 10/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Katastroficzny

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o