Chiński syndrom (1979) – recenzja

Reklama

Szczyt antyatomowych nastrojów w amerykańskim społeczeństwie przypadł na pierwszą połowę lat 80, ale już pod koniec lat 70 wielu przeciętnych Amerykanów kwestionowało sens korzystania z energii jądrowej. Oliwy do ognia dolał wypadek w elektrowni Three Miles Island. Skalę tego incydentu ciężko jest porównywać z późniejszą o siedem lat katastrofą w Czarnobylu, ale mimo wszystko sam fakt wystąpienia tak poważnej awarii podsycił już i tak poważny lęk amerykańskiego społeczeństwa. W antyatomowej paranoi pomógł jeszcze jeden czynnik – wypuszczony do kin na trzynaście dni przed wypadkiem w elektrowni Three Miles Island Chiński syndrom, który częściowo przewidział przebieg takiej awarii. 

Plakat filmu Chiński syndrom (1979)
Plakat filmu

Kimberly Wells to obiecująca dziennikarka pracująca dla popularnej kalifornijskiej telewizji. Wraz z ekipą filmową odwiedza elektrownię atomową Ventana. Jej celem jest nagranie reportażu o różnych rodzajach produkcji energii elektrycznej, ale podczas kręcenia ma miejsce niezrozumiała dla Kimberly awaria. Operator kamery, Richard, potajemnie nagrywa całe zajście, przez co uruchamia lawinę coraz to kolejnych wydarzeń – stacja telewizyjna boi się pozwów od elektrowni, zarząd Ventany zrobi wszystko, by nie stracić pieniędzy, a nadzorujący działanie elektrowni Jack Godell zaczyna mieć wątpliwości odnośnie do bezpieczeństwa placówki.

Chiński syndrom to w pewnym sensie film unikatowy. Nie jest to bowiem, wbrew pozorom, kino katastroficzne, a raczej świetnie zrealizowany thriller dziennikarski, który przedstawia kilka osób próbujących dociec prawdy. Choć główną bohaterką jest Kimberly Wells (świetna Jane Fonda), równie istotną dla fabuły funkcję pełni pracownik elektrowni Jack Godell (jeszcze lepszy Jack Lemmon) oraz kontrkulturowy kamerzysta Richard (przyćmiony przez resztę obsady Michael Douglas). Każda osoba z tej trójki ma własne, odmienne motywacje. Kimberly chce samodzielnie nakręcić porządny, rzetelny reportaż dotykający poważnej tematyki, Richard sprzeciwia się idei energii atomowej, a Jack Godell na pierwszym miejscu stawia nie zysk swojego pracodawcy, a dobro elektrowni, którą pomagał współtworzyć.

Wykorzystanie trójki postaci o odmiennych motywacjach, które różną drogą dochodzą do tych samych wniosków, jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na wprowadzanie publicystyki do filmów fabularnych. A Chiński syndrom bez wątpienia jest filmem publicystycznym. Świadczy o tym kompleksowe, wielowymiarowe podejście do tematu energii atomowej. Reżyser filmu, James Bridges, zamiast łatwych odpowiedzi zadaje trudne pytania. Czy energia atomowa faktycznie jest bezpieczna? Czy do niebezpiecznych sytuacji związanych z błędami ludzkimi można było uniknąć? Z oczywistych przyczyn filmowi znacznie bliżej jest do stanowiska przeciwników rozszczepiania jądra atomu, a Bridges z reporterską pasją pokazuje różne formy sprzeciwu wobec energii jądrowej, ale wszystko to filtrowane jest obiektywnym okiem telewizyjnej kamery.

Reklama

Nieprzypadkowo bowiem główną bohaterką filmu jest telewizyjna dziennikarka, która chce nakręcić rzetelny reportaż na temat energii atomowej. W Chińskim syndromie media uczciwie przekazują widzom rzeczywistość, a Kimberly jest (prawie) wzorem poprawnego dziennikarstwa. Bridges zagląda w świat telewizji i pokazuje widzom rządzące nią mechanizmy. Nie jest to może analiza równie głęboka jak ta ze