Są takie filmy, które z pozoru nie zawierają w sobie zbyt wiele akcji czy rozmachu, a mimo to trzymają w napięciu od pierwszej minuty. Ot, chociażby “Dwunastu gniewnych ludzi” w reżyserii Sidney’a Lumeta, piąty najwybitniejszy film w rankingu Filmwebu, który w całości dział się w jednym pomieszczeniu, a akcja opierała się tylko i wyłącznie na rozmowach pomiędzy przysięgłymi. Trzeba niezwykłego talentu, by nakręcić arcydzieło korzystające z tak specyficznych, ograniczonych środków wyrazu… A jednak Lumet dał radę raz. I, jak się okazuje, dał też radę dwa razy, bowiem “Czerwona Linia” to bez wątpienia dzieło wizjonerskie, wybitne.

Zeskanowany i nieco pogięty plakat filmu "Fail-Safe" aka "Czerwona Linia" z 1964 roku.
Plakat filmu

W wyniku dziwnej usterki podczas rutynowych procedur eskadra amerykańskich bombowców strategicznych przenoszących broń jądrową dostaje polecenie ataku na Moskwę. W międzyczasie w bazie lotnictwa ma miejsce wizytacja wpływowego kongresmena, a w Pentagonie narada wojskowa amerykańskiej generalicji. Sytuacja szybko zaczyna się pogarszać, bowiem procedury wojskowe uniemożliwiają odwołanie rozkazu ataku jądrowego po upływie dziesięciu minut, a systemy łączności zaczynają szwankować. Świat staje na krawędzi wojny jądrowej, a dzielni Amerykanie muszą ją powstrzymać.

Odrobina patetycznej ironii w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu była chyba zbędna, bo film jest do bólu realistyczny, przez co stara się unikać niepotrzebnego patosu. Lumet już od samego początku przygląda się postaciom na najwyższych szczeblach wojskowej hierarchii. Pierwsze kilkanaście minut “Czerwonej linii” jest jedynie wstępem do właściwej części filmu. Poznajemy kilku wysokich rangą wojskowych, ich sytuację rodzinną i charaktery, a także istotnych polityków oraz zwykłych pilotów amerykańskich bombowców. Postacie zarysowane są grubą kreską, ale nie przeszkadza to zanadto. Zresztą Lumet nie boi wkładać w ich usta poglądów filozoficznych. I tak scena narady w Pentagonie jawi się raczej jako dyskusja nad sensem wojny jako takiej, aniżeli jako zwykłe spotkanie generalicji. Co prawda początek filmu razi trochę inną stylistyką, a pewna scena była moim zdaniem niepotrzebna, ale są to drobiazgi. 

Zarysowanie problemów moralnych związanych z wojną atomową doskonale pozwala wejść widzom w drugą, właściwą część filmu, w której amerykańskie wojsko próbuje naprawić błąd i zawrócić bombowce lecące nad Moskwę. To tutaj talent reżyserski Lumeta zaczyna błyszczeć. Zdecydowana większość “Czerwonej linii” dzieje się w pomieszczeniach. Nieliczne ujęcia na lecące samoloty stanowią jedynie dodatek, który ma uwiarygadniać wydarzenia dziejące się na ekranie. I, podobnie jak w przypadku “Dwunastu gniewnych ludzi”, to właśnie rozmowy między postaciami stanowią główne źródło napięcia. Obserwujemy zdenerwowanych wojskowych, którzy przyjmują raporty i z niepokojem wpatrują się na mapę świata, na którą naniesiono pozycje samolotów. Klaustrofobiczność podziemnych pomieszczeń, surowy, charakterystyczny dla wojska sposób komunikacji zestawiony ze zmieniającą się dynamicznie sytuacją nie pozwalają oderwać się od ekranu, a zarazem doskonale oddają zimnowojenną paranoję na punkcie wojny atomowej.

Najlepszym elementem w “Czerwonej linii” jest bez wątpienia wątek prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe zapoznajemy się z nim dość późno, kiedy kryzys zaczyna przybierać niebezpieczne formy. I to właśnie wtedy Lumet raczy nas poruszającą sceną, w której prezydent wraz z tłumaczem siedzą przy biurku w podziemnym bunkrze i rozmawiają z sowieckim premierem. Rozmów takich w trakcie całego filmu jest o wiele więcej, ale to właśnie scena pierwszej z nich robi największe wrażenie. Lumet postawił w niej na nieruchomą kamerę, ledwo mieszczącą w kadrze prezydenta i tłumacza podkreślającą surowe ściany bunkra. Krótkie przerwy w rozmowie na tłumaczenie oraz cichy głos sowieckiego premiera w tle budują niesamowity realizm oraz ogromne napięcie, wspierane dodatkowo przez genialną grę Henry’ego Fondy oraz Larry’ego Hagmana. 

Zresztą cały wątek prezydenta stanowi o niekwestionowanym geniuszu Lumeta. Reżyser, korzystając z surowych środków, doskonale zaznacza pewne niuanse fabularne i prowadzi ku zakończeniu, cały czas rzecz jasna trzymając widzów w napięciu. A końcówka “Czerwonej linii”, cóż, jest genialna. Nie mogę napisać wiele więcej, by nie psuć wam zabawy spoilerami, ale Lumet operuje w niej ciekawą i pasującą metaforyką, a zarazem, poprzez innowacyjne w technicznym języku filmowym, kończy swoje dzieło w szokujący, bardzo mocny sposób. Podczas napisów końcowych siedziałem przez jakiś czas z otwartymi ustami, niezdolny do poruszenia się czy wypowiedzenia choćby słowa. Chapeau bas, mister Lumer, chapeau bas!

“Czerwona linia” to fenomenalny film, trzymający w napięciu (prawie) od początku, aż do genialnego zakończenia. Dzieło Lumeta sprawdza się też także jako prosty traktat filozoficzny, snujący rozważania nad sensem wojny w dobie bomb atomowych zdolnej zniszczyć planetę. Wreszcie, jest to film surowy i realistycznie pokazujący procedury związane z użyciem broni nuklearnej, po czym kwestionujący ich sens i działanie. Bo, jak to bywa w życiu, zawsze gdzieś musi się pojawić ten cholerny czynnik ludzki.

  • oryginalny tytuł: Fail-Safe
  • data premiery: 1964
  • gatunek: dramat
  • reżyseria: Sidney Lumet
  • scenariusz: Walter Bernstein
  • aktorzy: Henry Fonda, Larry Hagman, Dan O’Herlihy
  • moja ocena: 9/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Dramat

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o