15 filmów o wojnie atomowej, które warto zobaczyć

Reklama

Gdy Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, w zbiorowej świadomości pojawiło się pęknięcie, które z czasem przerodziło się w paniczny lęk przed nuklearną zagładą. Choć zimna wojna jest już wspomnieniem, strach ten odczuwamy do dziś – nie zliczę, ile razy widziałem (a także słyszałem na żywo) komentarze o tym, że palec na czerwonym guziku trzyma szaleniec, który lada chwila zniszczy świat (głównie w kontekście Putina, czasem też Trumpa).

Zważywszy na aktualność tej tematyki, postanowiłem wybrać i pokrótce opisać 15 filmów o wojnie atomowej, które warto zobaczyć. To temat szczególnie bliski mojemu sercu. O jednym z tych dzieł napisałem nawet licencjat! Zapraszam więc na wycieczkę w skażoną promieniowaniem przyszłość – a właściwie w jej wyobrażenie oczami twórców filmowych!

Specjalne wyróżnienie: Terminator i Terminator 2

Kadr z filmu "Terminator" (1984)

Zanim przejdę do właściwej listy, chciałbym przyznać dwa specjalne wyróżnienia. Temat jest na tyle obszerny, że o pewnych filmach po prostu nie wypada milczeć, a mam tu na myśli dwie pierwsze części Terminatora. To absolutnie kultowe dzieła – pierwsze z nich pochodzi z 1984 roku, czyli samego środka boomu na tematykę nuklearną, drugie zaś na nowo zdefiniowało wysokobudżetowe kino akcji, udowadniając, że da się je zrealizować z klasą.

Wojna atomowa pojawia się w obu filmach, ale raczej jako ostrzeżenie przed konsekwencjami porażki bohaterów niż faktyczne tło akcji. Zresztą głównym zagrożeniem jest tu Skynet – sztuczna inteligencja, która użyła broni jądrowej jedynie jako skutecznego narzędzia do osiągnięcia swojego celu.

Sam wybuch wojny widzimy dopiero w trzeciej części serii, która jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem trylogii, a sama sekwencja ataku rakietowego trąci nieco tandetną widowiskowością. Ponieważ w Terminatorach atom nie stanowi centralnej osi fabuły, a jedynie jej tło, seria ląduje w sekcji honorowej. A jeśli ktoś jakimś cudem nie widział jeszcze dwóch pierwszych odsłon – musi to koniecznie nadrobić!

Oryginalny tytuł: Terminator (1984), Terminator 2: Judgment Day (1991), reżyseria: James Cameron

Specjalne wyróżnienie: Atomowa kawiarnia

kadr z filmu "Atomowa kawiarnia" (1982)

Drugim filmem, który po prostu musiał znaleźć się w tym zestawieniu, jest Atomowa kawiarnia. To jedyny reprezentant kina non-fiction na mojej liście, ale jego obecność jest w pełni zasłużona – ten zaledwie 86-minutowy dokument niejako odkrył na nowo dla kina tematykę atomową. Za jego powstaniem stoi trio: Kevin Rafferty, Jayne Loader oraz Pierce Rafferty. W momencie premiery żadne z nich nie było znanym dokumentalistą i, co ciekawe, później również nie zrobili wielkich karier w świecie filmu – a wielka szkoda.

Atomowa kawiarnia to fascynujący zbiór materiałów archiwalnych z przełomu lat 40., 50. i 60. Zgodnie z założeniami cinéma vérité, film jest całkowicie pozbawiony komentarza odautorskiego. Twórcy spędzili setki godzin w archiwach, wyłuskując najciekawsze fragmenty kronik filmowych, programów telewizyjnych, a nawet wewnętrznych instruktaży amerykańskiej armii, a następnie zmontowali je w logiczne bloki tematyczne.

W efekcie otrzymujemy bezlitosną wiwisekcję zwodniczej, amerykańskiej fascynacji atomem. Można śmiało powiedzieć, że to wzorcowe studium kultury atomowej – terminu, który dziś funkcjonuje na uniwersytetach i obejmuje wpływ broni jądrowej na społeczeństwo. Niektóre sceny, zwłaszcza te pochodzące z wojskowych archiwów, robią piorunujące wrażenie, uderzając przy tym niesamowitą hipokryzją ówczesnych władz. Film jest treściwy i błyskotliwie zmontowany, mimo upływu lat ogląda się go z autentycznym zainteresowaniem. Możecie go obejrzeć za darmo na YouTube:

Oryginalny tytuł: The Atomic Cafe (1982), reżyseria: Kevin Rafferty, Jayne Loader, Pierce Rafferty

Threads

kadr z filmu "Threads" (1984)

Zestawienie otwiera – moim zdaniem – najlepszy i najbardziej szokujący film o wojnie atomowej, jaki kiedykolwiek powstał. Od razu zaznaczam: daleko mi tu do obiektywizmu, bo o Threads napisałem swego czasu licencjat i znam to dzieło niemal na pamięć. Ta telewizyjna produkcja BBC, rozgrywająca się w brytyjskim Sheffield, to efekt wizji Micka Jacksona, którego kariera reżyserska w latach 80. dopiero nabierała rozpędu. Threads określa się czasem jako brytyjską odpowiedź na amerykańskie Nazajutrz, o którym więcej za chwilę.

Oba filmy korzystają z podobnej strategii artystycznej: szeroki obraz geopolitycznej eskalacji przeplatają z losami zwykłych obywateli. Jednak Threads jest znacznie ambitniejszy – otwarcie i zjadliwie komentuje ułomność brytyjskiej polityki obrony cywilnej. Film wykorzystuje elementy paradokumentu (tekstowe plansze i chłodny głos lektora) oraz government proceduralu, bo z aptekarską precyzją odtwarza procedury kryzysowe, które – jak łatwo się domyślić – w obliczu atomu nie mają najmniejszego sensu.

Właśnie to fascynowało mnie najbardziej podczas pisania licencjatu. Najmocniejszą stroną filmu, obok szokującej warstwy wizualnej (wizja wojny atomowej zaskakuje brutalnością mimo skromnego budżetu), jest studium reakcji społeczeństwa. Każda postać reprezentuje konkretną grupę socjologiczną – od prostego robotnika po wykształconego urzędnika – a film obserwuje ich zachowania w obliczu katastrofy, robiąc to często w sposób niezwykle subtelny. Prawdziwą, nomen omen bombą jest natomiast urywane, bezlitosne zakończenie, które do dziś robi na mnie piorunujące wrażenie…

W zamierzchłych czasach, gdy dopiero uczyłem się pisać, stworzyłem dość długą recenzję Threads. Nie jest może wybitnie porywająca, ale mimo to zapraszam do lektury!

Oryginalny tytuł: Threads (1984), reżyseria: Mick Jackson

Nazajutrz

kadr z filmu Nazajutrz (1983)

W duecie z Threads nie może zabraknąć Nazajutrz – najpopularniejszego i najszerzej komentowanego filmu o wojnie atomowej w historii. Nie przesadzam: zgodnie z danymi, w dniu premiery na antenie ABC Nazajutrz obejrzało około 100 milionów widzów (sic!), czyli niewiele mniej niż wynosi współczesna oglądalność finału Super Bowl. Do dziś pozostaje on najczęściej oglądanym filmem telewizyjnym w dziejach i, zważywszy na powolny zmierzch tego medium, raczej nikt już nie odbierze mu palmy pierwszeństwa. Produkcję pochwalił sam Ronald Reagan – ówczesny prezydent wysłał do reżysera list gratulacyjny i zaprosił go do Białego Domu na prywatny pokaz, po którym, zgodnie z legendą, Reagan wpadł w głęboką depresję.

Liczby robią wrażenie, ale jeszcze większe wywiera sam film. Podobnie jak brytyjski odpowiednik, przedstawia on najpierw powolną eskalację napięcia geopolitycznego, która nieuchronnie prowadzi do wybuchu i tego, co następuje potem – bolesnego umierania na raty. Bohaterami znów są zwykli ludzie, choć z jedną istotną różnicą: akcja rozgrywa się w Kansas City, w pobliżu bazy wojskowej z silosami rakietowymi Minuteman. To czyni okolicę priorytetowym celem dla Rosjan, którzy uderzają w nią całym dostępnym arsenałem.

W filmie pojawia się także perspektywa amerykańskich sił strategicznych. Twórcy wykorzystali autentyczne, wojskowe nagrania startów pocisków balistycznych oraz fragmenty dokumentu First Strike z 1979 roku, co nadało całości niesamowitego realizmu. Fabuła ma świetnie rozłożone akcenty dramatyczne, a choć symbolika bywa momentami nieco łopatologiczna (jak choćby biały koń zestawiony ze startem rakiet), to w ostatecznym rozrachunku zdaje egzamin. Nazajutrz po prostu trzeba obejrzeć – choćby ze względu na gigantyczny wpływ, jaki wywarł na historię kina i świadomość społeczną.

Oryginalny tytuł: The Day After (1983), reżyseria: Nicholas Meyer

Cudowna mila

kadr z filmu "Cudowna mila" (1988)

Zostańmy jeszcze na chwilę w latach 80., bo to właśnie wtedy kino nuklearne brylowało na salonach. Cudowna mila nie jest tu wyjątkiem, choć to dzieło pod każdym względem unikatowe. Bo jak je właściwie nazwać? Romans? Komedia romantyczna? Melodramat? Trudno o jednoznaczną klasyfikację, gdyż film stanowi brawurową mieszankę gatunków, których cechy zostały tu wyostrzone niemal do granic absurdu.

I właśnie w tym szaleństwie kryje się największa siła tej produkcji. Cudowna mila to pełnokrwiste kino autorskie – być może dziwne i nietypowe, ale imponujące spójną wizją i odważnym pomysłem na całość. Realizacja również stoi na wysokim poziomie: warstwa wizualna ma ten niepodrabialny klimat lat 80., a muzyka zespołu Tangerine Dream jest po prostu obłędna. To bez wątpienia jeden z najlepszych soundtracków w historii kina. Koniecznie przeczytajcie moją pełną recenzję Cudownej mili, w której szerzej opowiadam o tej mało znanej perełce!

Oryginalny tytuł: The Miracle Mile (1988), reżyseria: Steve De Jarnatt

Czerwona linia / Fail-Safe

kadr z filmu "Czerwona linia" (1964)

Zanim zabierzemy się za absolutną klasykę, jaką jest Doktor Strangelove Stanleya Kubricka, chciałbym omówić inny, mniej znany tytuł z tego samego roku – Fail Safe, znany w Polsce jako Czerwona linia. Wyreżyserował go Sidney Lumet – twórca może nie tak ikoniczny jak Kubrick, ale bez wątpienia legenda kina. O ile Doktor Strangelove to czarna komedia, o tyle Czerwona linia podchodzi do tematu śmiertelnie poważnie. To gęsty od napięcia dreszczowiec, w którym wraz z prezydentem USA i jego tłumaczem zamykamy się w bunkrze, próbując przekonać Sowietów, że bomba, która lada chwila spadnie na Moskwę, zostanie zrzucona przez pomyłkę, a nie celowo. To się dopiero nazywa trudne zadanie!

Koncept fabularny jest minimalistyczny – znaczna część akcji rozgrywa się w dusznych, klaustrofobicznych przestrzeniach prezydenckiego schronu. W rolę głowy państwa wciela się nikt inny jak legendarny Henry Fonda, zaliczając jeden z najlepszych występów w swojej karierze. Jest niezwykle charyzmatyczny i świetnie współgra ze stonowanym, przerażonym tłumaczem (w tej roli Larry Hagman). Słowem: mąż stanu z krwi i kości.

Choć film opiera się głównie na dialogach i brakuje w nim dynamicznych scen akcji, atmosfera jest tak gęsta, że da się ją kroić nożem. Czerwona linia to dreszczowiec w starym, dobrym stylu, stawiający na scenariusz i kunszt aktorski zamiast taniej widowiskowości. Takich filmów już się dziś po prostu nie kręci! Na marginesie, zapraszam do lektury mojej pełnej recenzji Czerwonej linii.

Oryginalny tytuł: Fail-Safe (1964), reżyseria: Sidney Lumet

Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę

kadr z filmu Dr Strangelove (1964)

Obecność jednej z najlepszych czarnych komedii w historii kina na tej liście jest czymś oczywistym. Doktor Strangelove to dzieło na tyle gęste od nawiązań, że śmiało można je nazwać totalną satyrą na Amerykę tamtych lat. Stanley Kubrick po mistrzowsku operuje absurdem, wyostrzając charakterystyczne cechy amerykańskiej kultury. Dostało się tu każdemu: od fiksacji na punkcie własności prywatnej, przez ślepy militaryzm i kult munduru, aż po nieprzejrzyste kulisy wielkiej polityki.

Oczywiście Kubrick nie oszczędza nikogo – obrywa się stereotypowo złym Sowietom, nieudolnym Brytyjczykom oraz pogrobowcom Trzeciej Rzeszy, których reprezentuje tytułowy naukowiec, fenomenalnie grany przez Petera Sellersa. Brytyjski aktor wcielił się tu zresztą w trzy różne role, co dodatkowo potęguje wszechobecną atmosferę absurdu. Żarty padają gęsto i niemal zawsze trafiają w punkt; często jest w nich zresztą mniej czystego humoru, a więcej ironicznych szpilek, które mają przede wszystkim boleśnie szczypać.

Tematyka wojny atomowej pozostaje w samym centrum fabuły, jednak jej przebieg oraz ostateczny skutek – zagłada ludzkości – zostają bezlitośnie obśmiane. Ukoronowaniem tego wszystkiego jest słynna sekwencja zamykająca film, stanowiąca niezwykle gorzkie epitafium dla gatunku ludzkiego. Być może nie jest to najwybitniejsze dzieło w dorobku Kubricka, ale z pewnością najzabawniejsze i najbardziej polityczne, idealnie wpisujące się w kontrkulturowy ferment lat 60.

Oryginalny tytuł: Dr. Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb (1964), reżyseria: Stanley Kubrick

Colossus: The Forbin Project

kadr z filmu Colossus The Forbin Project (1970)

Na liście, w ramach wyróżnienia, pojawił się już Terminator i stojący za nim Skynet. Teraz pora przyjrzeć się jego filmowemu pierwowzorowi – czyli Colossusowi (filmowemu, bowiem krwiożercze sztuczne inteligencje gościły w literaturze przynajmniej od lat 40.). Tym dumnym mianem posługuje się amerykański superkomputer, który przejmuje kontrolę nad arsenałem atomowym USA, aby zapewnić krajowi absolutne bezpieczeństwo. Niestety, po drodze coś idzie nie tak i maszyna zwraca się przeciwko swoim twórcom. Brzmi znajomo?

O ile fabuła Colossus: The Forbin Project pod wieloma względami przypomina motywy znane z Terminatora, o tyle tutaj buntuje się nie jedno AI, a dwa. Okazuje się bowiem, że Sowieci zbudowali własny odpowiednik – Guardiana. Maszyny szybko dogadują się ponad podziałami, by wspólnie zaprowadzić „pokój” na świecie. Robią to jednak w iście totalitarny sposób: grożąc atomową eliminacją każdemu, kto odważy się sprzeciwić ich dyktaturze.

Film nakręcono za relatywnie niewielką kwotę 2 milionów dolarów. Jak na 1970 rok był to średniobudżetowy projekt, technicznie dość zachowawczy. Sposób przedstawienia AI jest tu dość surowy – tytułowy Colossus przypomina zresztą komputer z późniejszych o dekadę Gier wojennych (których na tej liście nie umieściłem, choć oczywiście polecam). Colossus: The Forbin Project to solidny thriller, który wciąga głównie dzięki sprawnie budowanemu napięciu. Choć sama fabuła o buncie maszyn wydaje się dziś mocno wyeksploatowana, to temat ten w ostatnim czasie zyskuje na aktualności.

Oryginalny tytuł: Colossus: The Forbin Project (1970), reżyseria: Joseph Sargent

Aleja potępionych

kadr z filmu Aleja potępionych (1977)

Pozostajemy jeszcze na chwilę w latach 70. Tym razem przyjrzymy się blockbusterowi – jednemu z niewielu o tematyce nuklearnej. Film nakręcono w tym samym roku, co Gwiezdne Wojny, i, co ciekawe, ówcześni eksperci wróżyli mu gigantyczny sukces. Sądzono, że opowieść o rycerzach w kosmosie się nie sprzeda, a na kino drogi w postapokaliptycznym sztafażu pójdą miliony. Stało się dokładnie odwrotnie, bowiem Aleja potępionych przyniosła ogromne straty finansowe. Ot, tak właśnie sprawdza się przewidywanie przyszłości w Hollywood.

Film stanowi bardzo luźną adaptację powieści Rogera Zelaznego z 1969 roku. Książka opowiada o skazańcu, który w zamian za amnestię zgadza się przewieźć szczepionkę przez zniszczone wojną Stany Zjednoczone – z jednego wybrzeża na drugie. Choć oryginał zrobił duże wrażenie na czytelnikach w XX wieku, dziś trąci już myszką. To typowa powieść pociągowa, którą co prawda czyta się nieźle, ale potrafi rozczarować banałem i umownością świata przedstawionego.

Adaptacja niemal całkowicie odchodzi od literackiego pierwowzoru, zostawiając właściwie tylko motyw podróży przez radioaktywne pustkowia. Bohaterami są oficerowie amerykańskich Sił Powietrznych, którzy sami wystrzelili rakiety z silosów, a więc pośrednio odpowiadają za koniec świata. Wprowadza to do fabuły ciekawą dynamikę, a sekwencja otwierająca – pokazująca wybuch wojny z perspektywy obsługi bazy – do dziś potrafi wbić w fotel. Niestety później jest już znacznie gorzej; wiele scen zamiast zachwycać, śmieszy nieudolnym wykonaniem i brakiem wyobraźni. Zakończenie również pozostawia wiele do życzenia; jest nadmiernie optymistyczne i cukierkowe, przez co brakuje mu powagi należnej kinu tego typu. Mimo to mam do Alei potępionych pewną słabość. Warto dać jej szansę, do czego zachęcam w mojej pełnej recenzji!

Oryginalny tytuł: Damnation Alley (1977), reżyseria: Jack Smight

Malevil

kadr z filmu Malevil (1981)

Nie tylko Brytyjczycy i Amerykanie tworzyli filmy o wojnie atomowej; po tę tematykę sięgali twórcy z wielu innych krajów, w tym z Polski czy Francji. Ci ostatni nakręcili Malevil – adaptację poczytnej w tamtejszym kręgu kulturowym powieści pod tym samym tytułem. Film opowiada o mieszkańcach niewielkiego miasteczka, którzy w momencie ataku znajdują się w piwnicy z winem, położonej w podziemiach tytułowego zamku. Budowla ta w latach 80. jest już raczej atrakcją turystyczną niż realnie umocnioną fortecą.

Tak oto malownicza, francuska wieś, pełna krów, winorośli i zboża, staje się pierwszą ofiarą atomowej zagłady. Dzięki korzystnemu położeniu część upraw przetrwa, jednak największym zagrożeniem szybko okazują się sąsiedzi z pobliskiej wioski, którzy zaprowadzają u siebie krwawą, religijną dyktaturę. Malevil to kino stosunkowo proste w formie – nie oferuje rozmachu Nazajutrz ani brutalnej dosadności Threads, ale to wciąż świetnie nakręcony i przejmujący obraz. Pokazuje on zupełnie inną perspektywę niż kino anglosaskie, skupiając się na odbudowie wspólnoty od zera.

Oryginalny tytuł: Malevil (1981), reżyseria: Christian de Chalonge

A gdy zawieje wiatr

kadr z filmu Gdy zawieje wiatr

Mówi się, że wszystkie dobre filmy animowane powstały na bazie komiksów. To oczywiście nieprawda, ale faktem jest, że powieść graficzna stanowi świetny fundament dla scenariusza. A gdy zawieje wiatr to adaptacja głośnego dzieła Raymonda Briggsa o tym samym tytule. Film opowiada o parze starszych ludzi żyjących na sielankowej, angielskiej prowincji. Wszystko układa im się wspaniale (na tyle, na ile pozwala im na to zaawansowany wiek), aż do momentu, gdy światowy kryzys polityczny przeradza się w wojnę atomową.

Co dzieje się później? Cóż, łatwo zgadnąć. Pomimo pozornie lekkiej, animowanej formy, obraz w zaskakująco realistyczny sposób pokazuje rzeczywistość po ataku. Widzimy, jak małżeństwo powoli umiera – ze względu na wiek i brak wiedzy nie byli w stanie odpowiednio się zabezpieczyć, choć i tak choroba popromienna prędzej czy później by ich dopadła. Choć sama animacja jest dość oszczędna i wizualnie nie powala, to całość wywiera piorunujące wrażenie. Głównie za sprawą tej charakterystycznej, angielskiej flegmatyczności, z jaką bohaterowie podchodzą do nadchodzącej zagłady.

Oryginalny tytuł: When the Wind Blows (1986), reż. Jimmy T. Murakami

Listy martwego człowieka

kadr z filmu Listy martwego człowieka

Dzisiaj mało kto o tym pamięta, ale Rosjanie kręcili kiedyś naprawdę niezłe filmy science fiction. Z perspektywy czasu mogą one trącić myszką i z pewnością nie są tak widowiskowe jak amerykańskie superprodukcje, ale za to wyróżniają się charakterystycznym, wschodnim fatalizmem, wyjętym żywcem z prozy Dostojewskiego.

Listy martwego człowieka są właśnie takim tytułem. To kameralne kino, pozbawione dynamicznej akcji i – co nietypowe jak na produkcję radziecką – osadzone na Zachodzie. Główny bohater, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, stara się przetrwać atomową zagładę w piwnicach uniwersytetu. Zasoby jednak powoli się kończą, jego żona cierpi na ostrą postać choroby popromiennej, a w okolicy grasują żołnierze „pilnujący porządku”.

Film nakręcono przy dość skromnym budżecie, przez co jego warstwa wizualna nie powala rozmachem. Sama fabuła jest w gruncie rzeczy prosta i przewidywalna, jednak bezbłędnie sprawdza się jako przestroga przed wojną nuklearną, podszyta ogromną dawką pesymizmu i rezygnacji. Można powiedzieć, że Listy martwego człowieka to radziecka odpowiedź na amerykańskie Nazajutrz – tylko jeszcze bardziej przygnębiająca.

Oryginalny tytuł: Pis’ma myortvogo cheloveka (1986), reżyseria: Konstantin Łopuszański

Testament

kadr z filmu Testament 1983

Pod tytułem Testament kryje się kolejny amerykański dramat telewizyjny, który powstał w 1983 roku – czyli w złotym okresie dla kina nuklearnego. Pod wieloma względami przypomina on słynne Nazajutrz, choć zebrał znacznie mniejszą widownię, a pod względem realizacji jest dużo bardziej zachowawczy i… poetycki? Używam tego słowa z pewnym wahaniem, bo mam na myśli przede wszystkim fakt, że Testament skupia się na znacznie węższym wycinku historii. Mamy tu mniej postaci, brak szerokiego planu wydarzeń, a twórcy stawiają raczej na kontemplację niż na dramatyzm.

Co to oznacza w praktyce? Testament pokazuje atomową zagładę z perspektywy mieszkańców prowincjonalnego miasteczka w Kalifornii, którzy są niemal całkowicie odcięci od rzetelnych informacji. Wybuch wojny jest dla nich kompletnym zaskoczeniem, a gdy bomby już spadną… cóż, zaczyna się powolne i bolesne umieranie. Ot, standard dla tego typu kina.

Mój główny problem z tym filmem polega na tym, że przez swój kontemplacyjny charakter momentami zwyczajnie się dłuży. Widać też niski budżet – Testamentowi brakuje rozmachu znanego z Nazajutrz. Technicznie nie mam większych zastrzeżeń, ale wielu niedzielnych widzów może się na nim po prostu wynudzić.

Oryginalny tytuł: Testament (1983), reż. Lynne Littman

O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji

kadr z filmu Obi, Obia - koniec cywilizacji

Polacy nie gęsi i swój film o wojnie atomowej mają. Jest nim O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji – wyreżyserowana przez Piotra Szulkina opowieść o grupie ludzi, którzy przetrwali nuklearną zagładę w betonowym schronie. Żyją oni nadzieją, że prędzej czy później ocali ich mityczna Arka – kosmiczny statek zbudowany przez rząd, który zabierze ich do gwiazd. Oczywiście to tylko kłamstwo, pielęgnowane przez władze, by utrzymać kontrolę nad zdesperowanymi mieszkańcami.

Film jest typowym przykładem kina symbolicznego, w którym tematyka jądrowa odgrywa drugorzędną rolę. Podobnie jak w przypadku Ofiarowania Andrieja Tarkowskiego, akcja O-bi, o-ba równie dobrze mogłaby toczyć się po uderzeniu meteoru czy wielkim zlodowaceniu, co w żaden sposób nie zmieniłoby sensu opowieści. Szulkin stawia tu intrygujące pytania o naturę człowieka i funkcjonowanie małych społeczności opartych na wierze. Pod tym względem to dzieło spełnione, choć momentami zbyt teatralne i egzaltowane. Odnoszę też wrażenie, że reżyser nadużywa tu groteski i wyolbrzymienia, przez co całość trąci nieco napuszoną wizją Wielkiego Artysty (celowo pisanego wielkimi literami). To trochę taka Seksmisja, która bierze siebie w pełni na poważnie.

Oryginalny tytuł: O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji (1984), reżyseria: Piotr Szulkin

Countdown to Looking Glass

kadr z filmu Countdown to Looking Glass

Countdown to Looking Glass to, pomijając brytyjskie Threads, najbardziej eksperymentalny tytuł na tej liście. Film trwa niecałe półtorej godziny i stanowi fabularyzowany zapis programu informacyjnego, relacjonującego kryzys polityczny poprzedzający wybuch wojny atomowej. Pamiętajmy, że konwencja paradokumentu w latach 80. dopiero raczkowała, a całość nakręcono na tyle realistycznie, że nieświadomi kontekstu widzowie mogli wziąć te doniesienia za prawdę i ulec panice.

Niestety, jak to z eksperymentami bywa, Countdown to Looking Glass docenia się bardziej za sam koncept niż za faktyczną zawartość. Realizacja jest co najwyżej przeciętna, a z dzisiejszej perspektywy szczególnie razi błyskawiczne tempo akcji (kryzys eskaluje niemal z minuty na minutę) oraz duża zachowawczość ówczesnych mediów – nawet tych fikcyjnych. Pod względem formy i wymowy to zdecydowanie młodszy, choć niestety słabszy brat wspomnianegoThreads. Niemniej, wciąż warto jest dać mu szansę. Film jest dostępny za darmo w serwisie Youtube:

Oryginalny tytuł: Countdown to Looking Glass (1984), reżyseria: Fred Barzyk

Boso przez Hiroszimę

kadr z filmu Boso przez Hiroszimę

Kolejna na tej liście animacja i kolejny film, który powstał w gorących dla kina atomowego latach 1982–1984. Tym razem jest to japońskie anime. Długo biłem się z myślami, czy umieszczać ten tytuł na liście – film nie opowiada bowiem o zagładzie całego świata, choć z perspektywy głównego bohatera zrzucenie bomby na Hiroszimę zdecydowanie tak wyglądało.

Pod wieloma względami Boso przez Hiroszimę kojarzy mi się ze słynnym reportażem „Hiroszima” Johna Herseya z 1946 roku. Film stanowi próbę zmierzenia się z autentyczną traumą przez osobę, która jej doświadczyła – Keiji Nakazawa, autor mangi będącej podstawą scenariusza (wydanej w 2024 roku po polsku!), przeżył wybuch w Hiroszimie jako sześcioletni chłopiec. Oba dzieła cechują się podobną dawką brutalnego realizmu, który uderza odbiorcę prosto w potylicę i nie daje o sobie zapomnieć.

Film przedstawia tragedię z perspektywy dziecka i celowo prowadzi narrację tak, abyśmy widzieli wydarzenia jego oczami. Sam moment wybuchu i jego bezpośrednie następstwa pokazano wręcz szokująco – nawet jak na standardy anime z lat 80., które przecież nie stroniło od ekstremalnych scen. Na duży plus zasługuje również dalsza część opowieści, w której bohater mierzy się z konsekwencjami ataku, a także ciekawie zarysowane tło społeczne.

Oryginalny tytuł: Hadashi no Gen (1983), reżyseria: Mori Masaki

Ostatni brzeg

kadr z filmu Ostatni brzeg (1959)

Nie jestem wielkim fanem Ostatniego brzegu z 1959 roku, ale to na tyle solidna produkcja, że postanowiłem umieścić ją w zestawieniu. Niestety, reżyser Stanley Kramer nie w pełni udźwignął ciężar gatunkowy książki Nevila Shute’a z 1957 roku – a to przecież arcydzieło i jedna z najbardziej uderzających, pozbawiających nadziei powieści, jakie kiedykolwiek czytałem.

Film dość wiernie adaptuje fabułę, robi to jednak w sposób dosyć płaski i odtwórczy. Kramer powycinał niektóre wątki i poległ na subtelnościach, nie wykorzystując w pełni potencjału gwiazdorskiej obsady. Zresztą aktorzy nie zawsze pasują tu do swoich ról – na przykład Ava Gardner wypadła zbyt melodramatycznie i niespecjalnie odnajduje się jako Moira Davidson, która w moim odczuciu powinna być łamiącą konwenanse córką australijskich farmerów, taką nieco fatalistyczną femme fatale.

Ostatni brzeg ma jeszcze jedną wadę: po prostu się zestarzał i to niestety widać. O ile powieść też trąci myszką, o tyle w jej przypadku znacznie łatwiej o wybaczenie – głównie ze względu na doskonały warsztat autora, dzięki któremu każde zdanie jest naładowane emocjami. Serdecznie zachęcam, aby najpierw sięgnąć po książkę, a dopiero później po film. Istnieje też nowsza wersja z 2000 roku, ale nie miałem okazji jej oglądać, zresztą nie zbierała najlepszych recenzji.

Oryginalny tytuł: On the Beach (1959), reżyseria: Stanley Kramer

I to tyle! Pamiętajcie, że to nie jest ranking najlepszych produkcji, a zestawienie – kolejność na niej nie ma znaczenia. Natomiast, słowem podsumowania, podczas przeglądania tych wszystkich wizji trudno oprzeć się wrażeniu, że kino atomowe to tak naprawdę nie opowieść o technologii, ale o kruchości naszej cywilizacji. Twórcy filmowi przez dekady pełnili rolę współczesnych Kasandr, próbując oswoić nas z myślą, że wszystko, co znamy, może zniknąć w ciągu kilku minut przez jeden błąd, fałszywy alarm lub ambicje szaleńca.

Dziś lęk przed czerwonym guzikiem znów wraca na czołówki gazet, a w konsekwencji opisane filmy przestają być jedynie zakurzonymi reliktami zimnej wojny i kultury atomowej. Obyśmy nigdy nie musieli weryfikować ich realizmu na własnej skórze.

1 komentarz do “15 filmów o wojnie atomowej, które warto zobaczyć”

  1. Skoro jest Terminator to czemu nie Hardware?
    No i zdecydowanie warto dodać, że „Ostatni brzeg” ma też nowszą ekranizację.

    PS: zaś jako uzupełnienie to coś o wojnie do której nie doszło „Gry wojenne”

    Odpowiedz

Napisz komentarz

By korzystać ze strony, zaakceptuj ciasteczka. Więcej informacji

Strona korzysta z ciasteczek (głównie Google Analytics) w celu zapewnienia jak najlepszej technicznej jakości usług. Ciasteczka są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony, dlatego prosimy cię o zaakceptowanie naszej polityki.

Zamknij