Filmy wojenne podzieliłbym na dwie główne kategorie. Pierwsza z nich zawiera dzieła monumentalne, pełne patosu, przedkładające widowiskowość walk nad psychologię bohaterów. W obrazach z tego nurtu wojna to bez wątpienia straszne zjawisko, które jednak przede wszystkim stanowi okazję do zdobycia chwały i blichtru, wykazania się bohaterstwem. Przykład? Zeszłoroczny “Midway” (2019, reż. Roland Emmerich). Druga kategoria grupuje filmy o antywojennej wymowie, eksplorujące wpływ walk na psychikę żołnierzy, przedstawiające wojnę jako piekło pełne śmierci, znoju i szaleństwa. Jako przykłady przychodzą mi do głowy dwa arcydzieła: “Full Metal Jacket” (1987, reż. Stanley Kubrick) oraz “Czas apokalipsy” (1979, reż. Francis Ford Coppola). Choć “1917” z dziełem Coppoli ma kilka wspólnych punktów, co zaskakujące czerpie on również z dorobku klasycznych, monumentalnych filmów wojennych. Choć wojna okiem Mendesa to bez wątpienia piekło, wędrówce dwójki protagonistów raczej bliżej do misji Froda i Sama z “Władcy Pierścieni” niż do powolnej podróży kapitana Willarda do jądra ciemności w “Czasie apokalipsy”.

Plakat filmu 1917 z premierą w 2020 roku
Plakat filmu

Zadanie, które wykonać mają kapral Schofield i starszy szeregowy Blake jest z pozoru proste – dostarczyć rozkaz odwołania ataku do pułkownika Mackenziego, który dowodzi 2 pułkiem piechoty z Devonshire. Rozkaz ów wydaje generał Erinmore, grany przez Colina Firtha dystyngowany dżentelmen, który na pożegnanie przytacza cytat z Kiplinga. Stawka misji jest wysoka. Jeżeli posłańcy nie dotrą do 2 płk. piechoty na czas, zginie tysiąc sześćset żołnierzy, w tym brat Blake’a. I tak właśnie, z zalakowanym rozkazem na piersi i Lee-Enfieldem w ręku, dwójka głównych postaci wyrusza w podróż przez przypominającą Mordor ziemię niczyją. 

Choć zazwyczaj to scenariusz jest najważniejszym elementem filmu, w przypadku dzieła Mendesa jest inaczej. “1917” to przede wszystkim poligon doświadczalny zaprojektowany w jednym celu: zapewnienia autorowi zdjęć, Rogerowi Deakinsowi, możliwości do wykazania się wirtuozerią. Film nakręcony jest w konwencji długiego ujęcia w czasie rzeczywistym z pojedynczym cięciem w okolicy środka. Deakins wspina się na wyżyny zdolności operatorskich – jazdy kamery są w wielu momentach po prostu fenomenalne, a brak cięć sprawia wrażenie uczestniczenia w historii. Najlepszym elementem filmu jest bez wątpienia scena przeprawy przez ziemię niczyją między pozycjami brytyjskimi i niemieckimi. Rozkładające się trupy, wszechobecne błoto, zwoje zardzewiałych, lecz wciąż niebezpiecznych drutów kolczastych – Mendesowi udaje się zamienić te obrazy w emanację niszczycielskiej, ślepej siły wojny. Gdy gniją nawet mundury, od których odpadły insygnia walczących stron, nie da się orzec, czy leżące w okopie ciało było kiedyś Brytyjczykiem czy Niemcem.

Wiele jest w “1917” momentów, w których Mendes eksponuje bezsens zmagań zbrojnych. Nie bez przyczyny front zachodni w latach 1915-1918 zyskał miano wojny okopowej. Każdy piędź ziemi był wówczas cenny, a zdobyte kilometry przeliczano nie na dziesiątki, a na setki zabitych podczas szturmu. Przedstawieni w filmie brytyjscy żołnierze wydają się w większości być zagubionymi, młodymi chłopakami, których przeraża niszczycielski żywioł wojny. Niewiele lepiej mają się dowódcy, u których reżyser eksponuje cynizm (pułkownik Mackenzie) oraz brak świadomości warunków panujących na froncie (generał Erinmore). Na szczęście poza dwójką bohaterów większość postaci występuje przez krótki czas, dzięki czemu Mark Strong, Andrew Scott czy Benedict Cumberbatch, czyli zaliczający camea znani brytyjscy aktorzy, nie kradną show, a pozostają jedynie obsadowymi smaczkami dopełniającymi całość.

Co ciekawe, film przesycony jest symbolizmem czerpiącym z turpistycznego rekwizytorium. Ważną dla fabuły rolę grają szczury, które żerują na rozkładających się trupach. Pojawiają się one zawsze w sytuacji bezpośredniego zagrożenia, a ich funkcja przypomina kanarka w kopalni, który zwiastować miał nadchodzące nieszczęście. Warte odnotowania są też pojawiające się licznie samotne drzewa. Nie tylko wyglądają one majestatycznie, ale przede wszystkim doskonale symbolizują stan bohaterów oraz świata dookoła nich. I tak tuż przed wejściem na teren opuszczonej farmy w oddali na szczycie wzgórza majaczy się uschnięte, nadpalone drzewo, z którego pozostał jedynie szkielet, a w kończącej film scenie reżyser ukazuje drzewo zupełnie inne, pełne życia i wigoru. Niektórym symbolom blisko jest co prawda do martwych metafor (kwiaty wiśni), ale nie zaburzają one i tak już bogatej warstwy symbolicznej filmu.

Tak właściwie z “1917” mam dwa główne problemy. Pierwszym z nich jest niechęć Mendesa do eksplorowania psychiki głównych bohaterów. Oczywiście Blake i Schofield to postacie skrajnie od siebie różne. Ten pierwszy ma niezłomnego ducha i serce pełne heroizmu, ten drugi to cyniczny weteran cierpiący na zespół stresu pourazowego. I choć aż kusi, żeby dokładniej przedstawić wpływ wojny na psychikę obu żołnierzy, Mendes podchodzi do warstwy psychologicznej w sposób mocno deklaratywny. Reżyser zdaje się mówić: drodzy widzowie, Blake jest idealistą, Schofield cynikiem, ale nie oni są istotni, a ich misja. Niestety marnuje to potencjał do dodatkowego zuniwersalizowania opowieści, na dodatek psuje wiarygodność przemiany, która w pewnym momencie zachodzi w jednym z bohaterów.

Poważniejszy problem stanowi jednak zbyt hollywoodzki scenariusz. Pal licho, że misji Blake’a i Schofielda można było w łatwy sposób uniknąć (wystarczyłoby rozkaz odwołania ataku dostarczyć samolotem, co było powszechną praktyką podczas I wojny światowej), a większość decyzji brytyjskich i niemieckich dowódców zakrawa o absurd, którego efektem mógłby być jedynie sąd polowy i wyrok śmierci przez rozstrzelanie. Znacznie bardziej irytuje jednak brak realizmu, który szczególnie uwypukla druga połowa filmu. Kule przeciwników nie trafiają nawet z bliska, sekwencja w wodzie zakrawa na żart, a Niemcy zachowują się jak przeciwnicy z gry komputerowej, których wyposażono w mało inteligentne AI. Może i nieznacznie przesadzam, ale świetna pierwsza połowa postawiła poprzeczkę na tyle wysoko, że błędy scenariusza rażą bardziej niż powinny.

W ogóle skojarzenie z grą komputerową jest w przypadku “1917” jak najbardziej na miejscu. Sposób prowadzenia kamery faktycznie ma sporo wspólnego z narracją niektórych trzecioosobowych strzelanek. Cel reżysera, który przyświecał takiemu zabiegowi jest prosty – skuteczna immersja. Widz musi wejść w wydarzenia mające miejsce na ekranie, doświadczyć ich na własnej skórze. I właśnie owo doświadczanie jest największym atutem dzieła Mendesa. Bo “1917” ogląda się nie jak wojenne widowisko czy antywojenny manifest, a jak migawkę z frontu, dwie godziny z życia szeregowych żołnierzy, którym powierzono misję bez wątpienia ważną, o osobistym charakterze, ale bez większego znaczenia dla wyniku wojny. Ostatecznie nie wybrakowany momentami scenariusz, a techniczna maestria to główna siła filmu Mendesa.

  • oryginalny tytuł: 1917
  • rok premiery: 2019
  • gatunek: wojenny
  • reżyseria: Sam Mendes
  • scenariusz: Sam Mendes, Krysty Wilson-Cairns
  • aktorzy: George MacKay, Dean-Charles Chapman, Mark Strong, Andrew Scott, Colin Firth, Benedict Cumberbatch
  • moja ocena: 8.5/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Wojenny

Dodaj komentarz