Jako technokrata bardzo cieszę się z ciągłego postępu medycyny, która rozwiązuje coraz więcej problemów zdrowotnych i społecznych. Potrafię jednak zauważyć problemy, jakie niesie za sobą nowoczesna medycyna. I o ile kwestie takie jak chociażby eutanazja czy aborcja powinny być dla każdego wyedukowanego obywatela oczywiste, obowiązujące w Polsce prawo antyaborcyjne czy chociażby głośna sprawa Alfiego Evansa pokazują, że szerokie masy wciąż obawiają się postępu technologicznego i filozoficznego. I to właśnie w braku powszechnej wiedzy medycznej oraz skłonności do braku zaufania wobec nauki doszukiwałbym się źródeł thrillera medycznego, czyli gatunku literackiego (i filmowego), którego Śpiączka jest jednym z pierwszych przedstawicieli. Powieść, stanowiąca przy okazji debiut Robina Cooka, czyli mistrza gatunku, została wydana w 1977 roku, a rok później za jej adaptację wziął się weteran technothrillera, Michael Crichton. Za takiego połączenia musiała wyjść wybuchowa mieszanka… I faktycznie wyszła!

Amerykański plakat filmu "Śpiączka" (1978 - org. "Coma")
Plakat filmu

Susan Wheeler jest dość młodą panią chirurg pracującą w Boston Memorial Hospital, czyli ogromnym szpitalu-molochu. Podczas gdy jej chłopak, doktor Mark Bellows, pnie się po szczeblach szpitalnej kariery, Susan trzyma się z dala od polityki i po prostu wykonuje swoją pracę. Sytuacja diametralnie się zmienia, gdy przyjaciółka lekarki podczas rutynowej operacji zapada w tajemniczą śpiączkę, a Susan szybko orientuje się, że zdarza się to niezwykle często. Kobieta wpada na trop szpitalnej konspiracji, której macki sięgają enigmatycznego Jefferson Institute, czyli ośrodka opieki paliatywnej dla osób w długotrwałej śpiączce.

Jak przystało na thriller medyczny, Śpiączka z marszu wprowadza widza w szpitalny świat krętych korytarzy oraz nieustannej walki lekarzy o życie i zdrowie ich pacjentów. Co ciekawe, film w dość sprytny sposób podejmuje wątki feministyczne, nawet jeśli ów sposób może dzisiaj nieco trącić myszką. Susan Wheeler jest jedyną istotną lekarką w szpitalu, a także jedyną postacią walczącą o odkrycie prawdy i rozbijającą się o ścianę złożoną z nieco seksistowskich mężczyzn. Nie jest to bynajmniej wątek wprowadzony nachalnie, może poza początkową sceną powrotu do mieszkania zarysowującą związek Wheeler i Bellowsa. Podoba mi się takie podejście do feminizmu, szczególnie zważywszy na to, że film powstał w latach 70 – zamiast zbędnych, ideologicznych manifestacji widzowie dostają silną główną bohaterkę, która nie boi się stawić czoła problemom stojącym jej na drodze do prawdy, niezależnie od kształtu i wielkości owych barier.

Najlepiej jednak wypada crème de la crème filmu, czyli wątek medyczny. Choć Crichton nie stroni od używania medycznych terminów (nawet jeżeli niektóre nazwy substancji chemicznych są zwyczajnie wymyślone), tak naprawdę całość fabuły Śpiączki była od początku do końca zrozumiała dla takiego laika jak ja. Ba, reżyserowi udało się nawet wytworzyć niesamowite napięcie, które pojawia się mniej więcej od dwudziestej minuty filmu i nie znika aż do samego zakończenia. Przyznaję, że umiejętność tworzenia napięcia Crichton musiał wyssać już z mlekiem matki, zarówno jako pisarz thrillerów, jak i ich reżyser. I choć końcówka Śpiączki jest z perspektywy dzisiejszego widza nieco zbyt oczywista i, być może, hollywoodzka, jak na lata 70 Crichton odwalił kawał dobrej roboty.

Film nie jest rzecz jasna bez wad, do których zaliczyłbym kilka scen balansujących na granicy powagi i kiczu, a następnie ją przekraczających, niestety z dużą stratą dla całości. O ile jako widz byłem w stanie uwierzyć w spisek oraz kilka elementów science fiction, o tyle moje suspension of disbelief runęło w gruzach skonfrontowane ze zbyt idealną główną bohaterką. Tak, niestety Susan Wheeler jest czymś w rodzaju dorosłej Mary Sue bez wad, potrafiącej poprzez spryt uciec z prawie każdej matni. Jako wielki wróg bohaterów krystalicznie czystych pod względem moralnym powinienem być tak właściwie wściekły na Crichtona, ale nie jestem, głównie dzięki niezwykle przekonującemu występowi Geneviève Bujold, którą zobaczyć można m.in. w późniejszej Linie (1984, reż. Richard Tuggle). Ta kanadyjska aktorka może się pochwalić charyzmą tak ogromną, że aż będącą w stanie zepchnąć w cień występ Michaela Douglasa, aktora niezwykle przecież utalentowanego.

Choć Śpiączkę można odczytywać jako rodzaj ostrzeżenia przed nadmiernym zaufaniem w medycynę, osobiście uważam, że Crichton tak naprawdę chciał po prostu opowiedzieć wciągającą i trzymającą w napięciu historię. Ot, tak, po prostu, bez żadnej nadmiernej filozofii, może za wyjątkiem niespecjalnie wyróżniającego się wątku feministycznego. O ile nie każdy film powinien posiadać treść dostarczającą czegoś więcej poza zwykłą rozrywką, o tyle w tym konkretnym przypadku trudno mi nie skonstatować straconej szansy na przekazanie rzetelnych obaw dotyczących rozwoju współczesnej medycyny. Przełknąłem jednak tę gorzką pigułkę i w trakcie seansu Śpiączki po prostu wyśmienicie się bawiłem. Cóż mam więcej powiedzieć – warto było, a Crichtonowi udało się zarazem stworzyć jedną z ciekawszych filmowych konspiracji i nakręcić bodaj najlepszy thriller medyczny w dziejach kina. 

  • oryginalny tytuł: Coma
  • data premiery: 1978
  • gatunek: thriller medyczny
  • reżyseria: Michael Crichton
  • scenariusz: Michael Crichton
  • aktorzy: Geneviève Bujold, Michael Douglas, Richard Widmark, Rip Torn
  • moja ocena: 8/10

Udostępnij recenzję:

Categorised in: Medyczny, Thriller

Leave a Reply