Jeśli lubisz Berserka, pokochasz Clevatessa. To dark fantasy, które nie bierze jeńców

Reklama

Wraz z kryzysem, z jakim od lat mierzy się zachodnie fantasy, pałeczkę w tym gatunku przejęli Japończycy. Co sezon pojawia się przynajmniej kilka anime fantasy, nie wspominając już o niezliczonych mangach i light novelach. Clevatess z zeszłego sezonu (lato 2025) wyróżnia się na tle dziesiątek wtórnych isekaiów prostym, ale mięsistym pomysłem na fabułę, gęsto okraszonym krwią i flakami. Takie połączenie nie tylko mogło, ale wręcz musiało się udać, bowiem omawiane anime jest z jednej strony świeże, a z drugiej sięga do klasyki gatunku i przetwarza ją na swój własny sposób.

Clevatess składa się z 12 odcinków, przy czym pierwszy z nich, jak przystało na solidne wprowadzenie w historię, wyróżnia się aż 45-minutową długością. To właśnie sam początek jest najlepszą częścią serialu: brutalnie wprowadza nas w świat, od razu serwując kilka trudnych do przewidzenia wolt fabularnych, a jednocześnie zarysowuje świat przedstawiony. Ten ostatni ma ogromny, choć nie do końca wykorzystany potencjał. Składa się z jednego kontynentu podzielonego na osobne byty polityczne, którego granic pilnują czterej Władcy Mrocznych Bestii. Mieszkańcy kontynentu muszą najpierw pokonać dalece potężniejsze bestie, zanim odkryją, co kryje terra incognita.

Świat ten ma w sobie kilka tajemnic, bo widz niemal od razu zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę leży za granicami kontynentu i kim są Władcy Mrocznych Bestii, którzy go strzegą. Jest to dużo ciekawsze tło niż w większości isekaiów, tworzonych przecież na jedno kopyto. Muszę jednak przyznać uczciwie, że Clevatess nie radzi sobie najlepiej z wpleceniem warstwy światotwórczej w fabułę. Robi to za pomocą dość długich infodumpów, które prostolinijnie wykładają kawę na ławę, albo – alternatywnie – wkłada wyjaśnienia w usta bohaterów, co z reguły brzmi sztucznie i wybija z immersji.

Reklama

Jeśli chodzi o samą historię, to ta jest raczej prosta (uwaga – spoilery z pierwszego odcinka!). Grupa bohaterów wysłanych, żeby ubić tytułowego Władcę Mrocznych Bestii, zostaje brutalnie rozgromiona. Giną wszyscy, włącznie z Alicią, ale ta ostatnia zostaje uratowana – lub wręcz wskrzeszona – przez Clevatessa i staje się jego służącą. Dlaczego? Cóż, wściekły Clevatess niszczy również stolicę jednego z królestw. Postanawia jednak, że zanim zniszczy całą ludzkość (oraz inne humanoidalne rasy), spróbuje wychować porwanego noworodka, aby sprawdzić, czy faktycznie jesteśmy źli do szpiku kości. A że mały musi jeść i ktoś raz na jakiś czas powinien umyć jego zafajdany tyłek, bierze ze sobą Alicię. Nasza nie-do-końca żywa bohaterka nie ma jak karmić dziecka, co rodzi pewne przyziemne problemy…

Alicia - główna bohaterka anime Clevatess

Jak widać po powyższym opisie, fabuła jest dosyć szalona. Rzeczywiście, twórcy serialu lubią wprowadzać wolty fabularne, szczególnie te związane z konsekwencjami działań bohaterów, które często są zupełnie inne niż w tradycyjnych schematach fantasy. Historia właściwie co odcinek skręca w nieprzewidywalnym kierunku, a duża część umiejętnie budowanej dramaturgii wynika albo z wcześniejszych wyborów bohaterów, albo z niejednoznacznego charakteru Clevatessa.

Tytułowy Clevatess uczestniczy aktywnie w wydarzeniach, kierując się przy tym trudnym do zdefiniowania kompasem moralnym. Dzięki temu jest fascynującą postacią – nigdy tak naprawdę nie wiemy, jak się zachowa, a jego ostateczny cel też nie jest nam w pełni znany. To dodatkowo napędza dramaturgię anime. W ogóle Clevatess wyróżnia się pod względem postaci (a przynajmniej tych pierwszoplanowych), bo raczej dyskutują one ze stereotypowymi dla japońskiego fantasy kliszami, niż się w nie wpisują. Oczywiście, jak przystało na porządne dark fantasy, duża część obsady to psychopaci z krwi i kości – czasem pokazani z nadmierną egzaltacją, ale kto ogląda dużo anime, ten już się do tego przyzwyczaił.

Nie zamierzam zagłębiać się w meandry fabuły, ale ta jest w mojej opinii nieco zbyt „zjaponizowana”. Co to oznacza w praktyce? Cóż, twórcy wprowadzają zbyt wiele zwrotów akcji, polegających na wprowadzeniu nowego wątku lub ujawnieniu informacji, której dotąd nie mieliśmy. Poza tym opowieść jest zbyt chaotyczna – łatwo jest pogubić się w wątkach pobocznych, nawet jeśli nie mają one dużego znaczenia dla całości. Mimo to wystrzałowy finał wynagradza te niedociągnięcia, szczególnie biorąc pod uwagę jakość scen batalistycznych.

Reklama

No właśnie – bitwy i potyczki. Ogromnym plusem produkcji jest świetna warstwa wizualna. Stylistycznie nawiązuje ona do anime z lat 80. i 90., zwłaszcza w kwestii teł i krajobrazów; ostatecznie jednak bliżej jej do współcześnie dominującej kreski. Duże wrażenie robią sceny akcji, które odznaczają się odpowiednim rozmachem. Widać, że pracowali nad nimi kompetentni animatorzy oraz reżyserzy. Jest ich jednak trochę zbyt dużo – pod tym względem anime przypomina popularne battle shouneny, w których dzieje się dużo i jest kolorowo, na czym traci fabuła i dramaturgia. Tutaj nie jest aż tak źle, ale gdyby serial przyciął sceny akcji o 20–30 proc., sporo by na tym zyskał.

Największą zaletą warstwy wizualnej Clevatessa jest brutalność. Krew leje się strumieniami, flaki latają na lewo i prawo, a kości łamią się z trzaskiem – twórcy z lubością pokazują złamania otwarte, z pietyzmem odwzorowując każdy detal takiej rany. Główna bohaterka na przestrzeni dwunastu odcinków nabawia się kilku blizn (i, oczywiście, traci po kolei kolejne elementy ubrania, szczególnie w okolicy klatki piersiowej), a niektóre sceny przemocy są wręcz ekstremalne. I dobrze – takie właśnie powinno być dark fantasy: z jajem i bez pudrowania rzeczywistości.

Serial odniósł spory sukces zarówno w Japonii, jak i za granicą, szczególnie że jesień 2025 nie obfitowała w wielkie hity. Twórcy rozpoczęli już pracę nad drugim sezonem, który – miejmy nadzieję – wyjdzie nie później niż w 2027 roku. Clevatess nie jest pozbawiony wad, ba – jest ich zaskakująco dużo. Jednak mimo wszystko jest to świetne dark fantasy, które można postawić na jednej półce z innymi japońskimi klasykami gatunku takimi jak Berserk, Claymore czy Übel Blatt. To także coś świeżego w skostniałym świecie anime, które wciąż nie potrafi uwolnić się od odtwórczego, schematycznego podejścia do fantasy.

A tymczasem polecam moją recenzję Berserka z 1997 r., czyli anime dark fantasy w podobnym klimacie (choć dużo lepszego!):

Moja ocena Clevatessa: 7/10

Reklama

Napisz komentarz

By korzystać ze strony, zaakceptuj ciasteczka. Więcej informacji

Strona korzysta z ciasteczek (głównie Google Analytics) w celu zapewnienia jak najlepszej technicznej jakości usług. Ciasteczka są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony, dlatego prosimy cię o zaakceptowanie naszej polityki.

Zamknij