Recenzuję „To my” (2019). Jordan Peele ma przed sobą wielką przyszłość

Reklama

Gdy “Uciekaj” Jordana Peele’a otrzymał Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, ucieszyłem się podwójnie. Po pierwsze, wygrałem zakład ze znajomym (o ile pamiętam, w ramach nagrody przypadł mi całkiem smaczny pszeniczniak). Po drugie – Peele zwyczajnie zasłużył. Nakręcił bardzo dobry film, który działał zarówno jako klimatyczny mystery movie, jak i nośnik istotnej wiadomości społecznej. Gdy dowiedziałem się o “To my”, zacząłem się bać, że reżyser na fali sukcesu pójdzie zbyt daleko w kierunku manifestu swoich poglądów politycznych. Cóż, na szczęście Peele nam tego oszczędził.

Plakat filmu

Adelaide, grana przez Lupitę Nyong’o, w dzieciństwie przeżyła traumę. Zgubiła się w ciemnym domu krzywych luster, w którym stało się… coś. Trzydzieści lat później ma męża i dwójkę dzieci, sporo pieniędzy, fajny domek letniskowy, a także nieco szurniętych znajomych. Ot, american dream, folks. Ale nic nie może być tak proste, prawda? Więc przychodzą oni. To jest my. No, nieważne, generalnie chodzi o dziwnych ludzi w czerwonych ubraniach, trzymających staromodne nożyczki. Creepy.

“To my” to film zaskakująco niehorrorowy. No, od pewnego momentu, bo pierwsza scena wbija w fotel. Reżyser swobodnie żongluje w niej znanymi z horrorów sztuczkami realizacyjnymi. Peele robi to z odpowiednim dystansem do gatunkowych klisz, ale i wrodzonym wdziękiem, przez co już nigdy nie wybiorę się świadomie do domu krzywych luster. Potem reżyser idzie w zupełnie inną, realistyczną tonację, przypominającą nieco zwykły dramat rodzinny. Poznajemy rodzinę Wilsonów, która pojechała na wakacje. Atmosfera filmu jest radosna i nie zapowiada nadchodzącego zagrożenia, choć reżyser rzecz jasna, w niezbyt subtelny niestety sposób, przemyca nam pewne znaki.

Ciekawie zaczyna się robić, gdy na ekranie pojawiają się oni. “To my” zaczyna czerpać tutaj z bogatej rekwizytorni slasherów, ale robi to w znacznie bardziej świadomy, przemycający symbolikę sposób niż przeciętny horror. Kreowanie tempa wydarzeń idzie reżyserowi nieźle, choć w pewnym momencie film się nieco rozlazł. Wiecie, rodzinka się rozdzieliła, a Peele nie zbalansował odpowiednio wątków konkretnych postaci, przez co zrobił się bałagan, przywodzący na myśl słabych “Nieznajomych”.

Reklama

Na szczęście jednak wspomniany wyżej bałagan szybko znika, a film wraca na właściwe tory. Urzekły mnie fałszywe tropy, które Peele wprowadza w drugiej połowie “To my”. Rozwiązanie wątków policji czy znajomych Adelaide jest może zbyt zaskakujące, ale perfekcyjnie zrealizowane. Znana z “Opowieści Podręcznej” Elizabeth Moss wykreowała cudownie psychopatyczną postać, przywodzącą na myśl przywódcę Wolves z piątego sezonu “The Walking Dead”.

Pewnym problemem “To my” jest zakończenie. Reżyser poszedł tutaj z jednej strony w mało subtelną dosłowność, a z drugiej w bogatą symbolikę, zresztą obecną już od pierwszych scen filmu. Peele podaje widzom na srebrnej tacy klucz interpretacyjny, z wykorzystania którego radzę zrezygnować. Nadmiar elementów metaforycznych tworzy ogromny szum informacyjny, który znacząco utrudnia próby sensownej interpretacji dzieła, nawet pomimo wyraźnie zarysowanego klucza. No, a przynajmniej prób idących dalej niż “nadmierny konsumpcjonizm jest zły”. Innymi słowy – symbolika jest ładna, estetycznie zachwycająca, ale przerażająco pusta. Ach, jest jeszcze jeden problem, mało logiczne, niewystarczająco przemyślane zakończenie. Wiecie, to końcówka z cyklu “hej, ale to przecież jest bez sensu!”.

Zasadniczym elementem “To my” jest dźwięk. Film ten to jeden z tych horrorów, które bardziej grają właśnie dźwiękiem, a nie obrazem. Przede wszystkim świetna jest muzyka, w szczególności wspaniały utwór z chórem głosów, grany podczas napisów początkowych i powracający w dalszej części filmu. Ów utwór komponuje się z przyjętą symboliką, dzięki czemu stworzony jest niesamowicie niepokojący klimat. Dopełnieniem jest tutaj dobry montaż dźwięku, a także ujęcia, momentami arthouse’owe, ale nie idące w banał. Peele z jednej strony chce się wpisać w posthorror czerpiący pełnymi garściami z kina artystycznego, ale z drugiej robi to w nieprzesadzony sposób. “To my”, w przeciwieństwie do “Suspirii”, jest strawne dla masowego widza.

Z kina wyszedłem usatysfakcjonowany. “Uciekaj” zawiesiło reżyserowi poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Peele przez ową poprzeczkę przeskoczył, ale z trudem, nie bijąc przy tym żadnego rekordu. Szkoda, bo film miał potencjał na bycie ponadczasowym klasykiem gatunku, połączeniem tego, co najlepsze w posthorrorze i produkcjach dla masowej publiki. Stworzenie takiej chimery amerykańskiemu reżyserowi może i nie wyszło, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Ważne, że “To my” to bardzo dobry film ze spapranym, niestety, zakończeniem.

  • oryginalny tytuł: Us
  • rok premiery: 2019
  • gatunek: horror
  • reżyseria: Jordan Peele
  • scenariusz: Jordan Peele
  • aktorzy: Lupita Nyong’o, Winston Duke, Elisabeth Moss
  • moja ocena: 7/10
Reklama

Napisz komentarz