Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny… A raczej farewell and adieu to you, Spanish Ladies. Szanty jakie są, każdy widzi. I choć mi bardziej kojarzą się one z harcerzami i podpitymi panami niepierwszej młodości na plaży w Dębkach, jedno trzeba przyznać – są cholernie klimatyczne. Wiecie, nie ma to jak niski, męski głos śpiewający zazwyczaj smutną, pełną tęsknoty piosenkę do akompaniamentu samotnej gitary. Ach, zrobiło się trochę poetycko, czas zepsuć ten nastrój paszczą wypełnioną rzędami ogromnych zębów.

Plakat filmu

Fabuła “Szczęk” nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Ot, jest sobie rekin, ale nie byle jaki rekin, a taki ogromny, sprytny i z chrapką na ludzinę. Zaczyna grasować u wybrzeży wyspy Amity, będącej popularnym kurortem, do którego co lato zjeżdżają się tłumy Amerykanów. A że rekin niekorzystnie działa na miejscowy biznes, skutecznie zmniejszając zyski z turystyki (przy okazji giną niewinni ludzie, ale obchodzi to tylko naszych protagonistów), miejscowy szeryf Brody postanawia rozprawić się z bestią. Pomaga mu w tym młody oceanolog Hooper oraz doświadczony morski wyga Quint.

Film podzieliłbym na dwie części – do wyruszenia na wyprawę łowiecką oraz na same łowy. Pierwsza z nich jest dość prosta pod względem treści, ale fenomenalnie zrealizowana. Uraczeni zostajemy wstępem w klimacie hipisowskich lat 70, włącznie z genialnym ujęciem podczas napisów początkowych, z kamerą płynącą wolno, do wtóru niepokojącej muzyki. Sprawia to wrażenie patrzenia na podwodny świat oczami rekina szukającego kolejnej ofiary. Zabieg ten wykorzystywany jest też później i stanowi o geniuszu realizatorskim Spielberga. Ujęcia z POV rekina są z jednej strony przerażające, a z drugiej wprowadzają niesamowite napięcie. Zresztą, jeżeli chodzi o budowanie napięcia, reżyserowi wychodzi to znakomicie, głównie ze względu na doskonałe wyczucie czasu oraz świetną muzykę Johna Williamsa.

No właśnie, muzyka. Ścieżka dźwiękowa napisana na potrzeby “Szczęk” jest bez wątpienia fenomenalna, to prawda, ale chciałbym przyjrzeć się motywowi szanty “Spanish ladies”, który raz po raz powraca w kilku scenach filmu. Piosenkę tę nuci Quint, doświadczony wilk morski, a momenty, w których to robi, w jasny sposób nawiązują do popularnego wyobrażenia kultury marynistycznej. W ogóle postać Quinta przypomina mi nieco szalonego kapitana Ahaba z “Moby Dicka”, który poświęcił swoje życie na złapanie białego wieloryba i zemstę na nim. Wyga morski ze “Szczęk” jest do niego podobny, ale przypomina też zdeterminowanego Santiago ze “Starego człowieka i morze” Hemingwaya.

W ogóle postacie w filmie Spielberga to całkiem ciekawa sprawa. Mamy tutaj znane już w kinie figury, takie jak chciwy burmistrz ubrany w fikuśne garnitury, czy wierna żona szeryfa. Znacznie bardziej rozbudowane są trzy wiodące postacie. Każdy z głównych bohaterów jest na swój sposób twardy, lecz cechą szczególną całej trójki jest wytrwałość. I tutaj właśnie, w drugiej części filmu przedstawiającej wielkie łowy, objawia się siła “Szczęk”, które przestają być zwykłym filmem o krwiożerczym rekinie czerpiącym garściami z kina klasy B, a stają się wspaniałą opowieścią o ludziach zdeterminowanych jak Santiago, rzucających wyzwanie naturze niczym kapitan Ahab. Zresztą stworzenie takiej historii nie byłoby możliwe, gdyby nie aktorzy, którzy byli ją w stanie pociągnąć. A trio aktorskie ze “Szczęk” – Roy Scheider, Robert Shaw oraz Richard Dreyfuss podołali temu zadaniu wyśmienicie. Show (nomen omen) skrada Shaw w roli Quinta, choć jak dla mnie cichym bohaterem seansu był fenomenalnie odegrany oceanolog Hooper.

Czas jednak zejść na ziemię, dzieło Spielberga bowiem to, bądź co bądź, film w głównej mierze rozrywkowy, skierowany do masowej publiczności. Właściwie to właśnie “Szczęki” dzięki olbrzymim zyskom, przysłużyły się powstaniu tradycji wydawania letnich blockbusterów. Dzieło Spielberga nie odniosłoby jednak takiego sukcesu, gdyby nie wspomniana wcześniej ponadczasowa historia oraz wspaniała strona techniczna. Szczególnie pochwalić należy kreatywne wykorzystanie efektu vertigo oraz świetne zdjęcia podwodne. W kilku kadrach widoczne jest zacięcie artystyczne operatora, zdjęcia przypominają miejscami współczesne filmy arthousowe. Ach, no i jak to u Spielberga, “Szczęki” mają świetne jak na lata 70 efekty specjalne. Szczególnie rekin, choć momentami widać, że jest kukłą, budzi w niektórych scenach autentyczny zachwyt nad wizjonerstwem tworzącej efekt ekipy.

“Szczęki” odniosły ogromny sukces finansowy i znacząco rozpędziły karierę Spielberga. Pozostają do dzisiaj filmem kultowym, który wprowadził do kina parę innowacji technicznych, a także otworzył mainstreamowym twórcom możliwość czerpania motywów i estetyki z niskobudżetowego kina klasy B. I nie ma co się dziwić, dzieło Spielberga ogląda się jednym tchem, w głównej mierze dzięki perfekcyjnie stopniowanemu napięciu oraz świetnej stronie technicznej. O dziwo film nie trąci myszką i, jak na blockbuster dla masowej publiki, opowiada uniwersalną i ciekawą historię, dzięki czemu te wszystkie lata, które upłynęły od premiery, jedynie dodały “Szczękom” wartości.

  • oryginalny tytuł: Jaws
  • rok premiery: 1975
  • gatunek: thriller
  • reżyseria: Steven Spielberg
  • scenariusz: Peter Benchley, Carl Gottlieb
  • aktorzy: Roy Scheider, Robert Shaw, Richard Dreyfuss
  • moja ocena: 9/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Thriller

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o