Recenzja nie zawiera spoilerów, także nie obawiajcie się – nie zepsuję wam zabawy z oglądania filmu. Aha, ponadto pragnę was uspokoić, drodzy fani Marvela – będziecie usatysfakcjonowani “Spider-Manem: Daleko od domu”!

Wraz z pełnym emocji i pożegnań “Avengers: Koniec gry” zakończyła się trzecia faza MCU. Albo i nie, bowiem włodarze Marvela uznali, że film o tytule, w którym zawarto słowa “koniec gry” końcem być nie powinien. I tak właśnie narodził się najnowszy Pajęczak, który wzorem Jasia Fasoli jedzie na wakacje. Co prawda w przeciwieństwie do wykreowanej przez Atkinsona postaci Peter Parker zahacza nie tylko o Paryż, ale i kilka innych europejskich miast, ale to nie owe wakacje są najważniejsze, a kierunek, w którym podążać będzie Marvel Cinematic Universe.

Plakat filmu "Spider-Man: Daleko od domu"
Plakat filmu

Jak nietrudno przewidzieć, wspomnianymi wcześniej wakacjami Peter Parker zbyt długo się nie nacieszy. Jak wiadomo świat sam się nie uratuje. I to dosłownie – tym razem Spider-Manowi towarzyszy Quentin Back aka Mysterio, superbohater z alternatywnej Ziemi (ot, konsekwencje wprowadzenia multiwersum), którego dom został zniszczony. A że to samo zagrożenie czyha na nasza Ziemię, Parker musi sprzymierzyć się z władającym zieloną magią superbohaterem, by powstrzymać niebezpieczeństwo i po raz enty uratować świat. 

W rolę Quentina Backa wcielił się Jake Gyllenhaal. Artysta z niego świetny, a jego występy w “Bogach ulicy” czy “Labiryncie” to kawał fenomenalnego aktorstwa. Problem w tym, że w roli Mysteria Gyllenhaal jest dość… nijaki. Cóż, po prostu, z początku przynajmniej, brakuje mu charyzmy i siły przebicia. Ot, miałem wrażenie, że chłop wziął grube pieniądze za występ, z kasy się nacieszył, ale na planie za wiele od siebie nie dał. Zresztą nie dziwię mu się, bowiem Mysterio ma chyba najgorszy fragment z ekspozycją, jaki widziałem w filmie o superbohaterach. Serio, w pewnym momencie jakieś trzy minuty trwa scena, a w niej bezczelny, obrażający inteligencję widzów monolog, w którym Gyllenhaal przemawia wprost do publiczności. Jasne, użyto pewnego zabiegu, który miał to zamaskować, ale i tak wyszło żenująco.

“Spider-Man: Daleko od domu” nie uniknął też bolączki, na które choruje współczesne kino superbohaterskie – krindżowe momenty. Na szczęście jednak, w przeciwieństwie do “Kapitan Marvel”, takich fragmentów nie ma wiele i nie budzą aż takiego zażenowania. W większości związane są z wątkami romantycznymi, które w głównej mierze stanowią dla reżysera źródło żartów. W ogóle najnowszy Pajęczak, po wycięciu wspomnianego wcześniej krindżu, to film zabawny, może nie na poziomie “Thor: Ragnarok”, ale jednak. Trafione gagi i riposty pozwalają widzom odetchnąć po “Avengers: Koniec Gry” i powrócić do starego, dobrego, lekkiego Marvela, idealnie nadającego się do konsumowania wiader popcornu, popijanego wodą z cukrem i kwasem ortofosforowym.

Podobała mi się ewolucja, jaką przeszła postać Petera Parkera. I o ile w “Spider-Man: Daleko od domu” od strony psychologicznej na pierwszy plan wysuwa się jego uczucie do MJ, o tyle po postaci Spider-Mana widać traumę związaną z wydarzeniami z Endgame. Parker na płaszczyźnie emocjonalnej przechodzi tutaj sporo, a w jego charakterze widać postęp, co doskonale uwypuklono w pierwszej scenie po napisach (która przy okazji rzuca świetny haczyk i łata jedną z najpoważniejszych luk w scenariuszu). Swoją drogą warto trochę poczekać i zobaczyć drugą ze scen po napisach, która nie dość, że jest zabawna, to na dodatek stawia jasny drogowskaz, który pokazuje widzom kierunek, w którym zmierzać będzie MCU w fazie czwartej.

Wracając na moment do głównej części filmu – jest nieźle. Od samego początku jesteśmy wtłoczeni w akcję. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn, ani pozbawionych sensu scen. Jasne, jest kilka komediowych gagów, które prowadzą donikąd, ale doskonale kontrastują ze scenami akcji. Rozwój fabuły jest dość przewidywalny, no, może poza jednym czy dwoma twistami, które, muszę przyznać, wyszły twórcom perfekcyjnie. Świetna jest trwająca kilka minut scena związana z iluzjami, zarówno od strony koncepcyjnej, jak i realizatorskiej. Zresztą dość solidnie wyszły twórcom bodaj wszystkie sceny akcji, choć zdecydowanie obyło się bez fajerwerków. Ach, a efekty specjalne były lepsze, niż w “Kapitan Marvel” i nie było momentu, który nadmiernie raziłby sztucznością. No, może tylko zielony kolor magii Mysteria może budzić kontrowersje, bowiem nieco zbyt bardzo zlewał się z wyglądem przeciwników, ale to raczej drobna wada.

Najnowszy marvelowski blockbuster to solidne widowisko. Zbyt dużo miejsca poświęcono wątkiem romantycznym między młodymi postaciami, przez co kilka momentów było niestrawnych i żenujących, a parę scenariuszowych sztuczek jest zbyt widocznych dla widowni, przez co tracą one swój czar. Mimo to duża dawka humoru, widowiskowe walki oraz świetne sceny po napisach z jednej strony godnie zamykają III fazę MCU, z drugiej zaś bardzo pozytywnie nastrajają przed kolejnymi superprodukcjami Marvela. Cóż, pozostaje tylko cierpliwie czekać na film o Czarnej Wdowie.

  • oryginalny tytuł: Spider-Man: Far From Home
  • data premiery: 2019
  • gatunek: superbohaterowie
  • reżyseria: Jon Watts
  • scenariusz: Chris McKenna, Erik Sommers
  • aktorzy: Tom Holland, Samuel L. Jackson, Zendaya, Jake Gyllenhaal
  • moja ocena: 7/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Superbohaterowie

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o