Nie chciałbym być CEO Warner Brosa. To znaczy właściwie rzecz biorąc chciałbym, bo zarabiałbym dobre pieniądze, nawet pomimo kilku problemów na głowie. I to problemów raczej poważnych, tych w rodzaju rady nadzorczej suszącej mi głowę i zastanawiającej się, gdzie popełniono błąd, że Marvel zarabia miliardy, a DC cienko przędzie. No, a przynajmniej nie wykorzystuje swojego potencjału. Jestem też pewien, że rada nadzorcza Warner Bros nakazała kierownictwu firmy “pożyczenie” kilku cech charakterystycznych dla filmów Marvela i przetestowania ich na jakimś względnie tanim filmie. Cóż, tak narodził się “Shazam!”. I powiem wam, że eksperyment się powiódł. Chyba.

Plakat filmu "Shazam!"
Plakat filmu

Głównym bohaterem filmu jest Billy Batson, który zgubił mamę. Tak dosłownie i permanentnie zgubił, przez co przez całe swoje dzieciństwo krąży po domach dziecka i rodzinach zastępczych. A że niezłe z niego ziółko, krążenie owo w głównej mierze polega na uciekaniu od opiekunów i poszukiwaniach matki. Billy dostaje od kurator sądowej ostatnią szansę i ląduje w kilkuosobowej rodzinie zastępczej, prowadzonej przez latynoskę i wielkiego gościa z The Walking Dead. Ach, przy okazji poznaje czarnego Gandalfa, który prosi chłopca o dotknięcie swojej laski. Brzmi jak sprawa dla prokuratury, ale whatever. Aha, jest też Mark Strong, czyli ten zły, który wozi (lata) się po mieście w towarzystwie siedmiu grzechów głównych.

Dwójce scenarzystów składam moje serdeczne gratulacje i życzenia kontynuacji kariery, bowiem “Shazam” ma jeden z najlepszych scenariuszy w porównaniu do dotychczasowych filmów superbohaterskich. Może i jest nieco mniej śmieszny niż “Deadpool” i nieco mniej wciągający niż “Thor: Ragnarok”, ale hej, różnice są minimalne! Reżyser, David Sandberg, który swoją droga odpowiada za kilka niezłych horrorów, zdecydowanie poszedł na całość i bawi się tutaj konwencją kina superbohaterskiego. Robi to z wdzięcznością sześciolatka, który rozsypał wszystkie klocki Lego po pokoju i tworzy z nich eklektyczne arcydzieło architektury. No, może i nie arcydzieło, ale coś dobrego. “Shazam” błyszczy w tych momentach, w których Sandberg miesza składniki kina superbohaterskiego i niejako parodiuje swoich pompatycznych poprzedników z DCU.

Z tym całym luzem i zabawą konwencją mam jednak pewne problemy. Wątek związany z magią oraz z antagonistą jest, za przeproszeniem, z czapy wyjęty. Magia traktowana jest przez twórców bardzo instrumentalnie, a postać czarodzieja, dość wdzięcznie grana przez Djimona Hounsou, jest żywcem bezzwrotnie pożyczona z taniego sword & sorcery, z rodzaju popłuczyn po “Władcy Pierścieni” i “Conanie Barbarzyńcy”. Przykro mi, ale zarówno antagonista, jak i stojące za nim motywy są zwyczajnie bardzo nijakie. Nie dostrzegłem tutaj choćby próby stworzenia czegoś oryginalnego, czy jakiejkolwiek zabawy konwencją, co ma miejsce w przypadku tytułowego superbohatera. Innymi słowy, część yin z Shazamem jest po prostu świetna. Natomiast jej dopełnieniu, yang, brakuje wiele.

Pochwalić należy aktorów, szczególnie tych młodych. Nie dość, że udźwignęli film, to na dodatek ich kreacje wręcz błyszczą. Zarówno Asher Angel w roli Billy’ego, jak i fenomenalny Jack Dylan Grazer jako specjalizujący się w superbohaterach Freddy, nie wychodzą ani na moment z ról. Świetnie sprawdzają się zarówno w momentach komediowych, jak i w bardziej emocjonalnych fragmentach. Reszta młodocianej ekipy z domu dziecka, choć z początku nie dostaje zbyt wiele czasu antenowego, jest odpowiednio, choć niezbyt subtelnie zarysowana, co zresztą dokłada swoje trzy grosze do warstwy komicznej filmu. Tylko główny zły, Mark Strong, jest wyzuty z jakichkolwiek emocji, ale to bardziej wina scenariusza.

Jest jedna rzecz, która w “Shazamie” ewidentnie nie wyszła. Mam na myśli słabe efekty specjalne, które w wielu miejscach trącą myszką. Serio, ja rozumiem, jakby to był film za 20 baniek, ale cholera, Warner Bros wyłożył tutaj 100 milionów dolarów! Może i jestem zbyt rozpuszczony, ale po filmach superbohaterskich, które są przecież ogromnymi widowiskami skierowanymi do szerokiej publiczności, cóż, oczekuję więcej niż rażące sztucznością CGI. Jasne, jest parę scen, w których efekty specjalne są bardzo dobre, ale są to zdecydowanie wyjątki od reguły. W wielu momentach widać słabe modele 3D, animacje obiektów i rażący taniością green screen. Jakby film miał tak o kilkadziesiąt milionów dolarów większy budżet, CGI na pewno stałoby na znacznie wyższym poziomie. Ech, cholerne oszczędności.

“Shazam” cierpi na kilka poważnych problemów, przez które najnowszą produkcję DC określić można mianem “dobry, nic więcej”. Film jest zabawny i przyjemny, dzięki czemu widowisko z niego jest dobre, o ile oczywiście przymknie się oko na słabe efekty specjalne i mdłego antagonistę. Zastanawia mnie natomiast jedna rzecz – dokąd zmierza DC? Czy planują dalej iść w kierunku pożyczania stylistyki z filmów Marvela? Cóż, pytanie jest dobre, a odpowiedź bez wątpienia jest warta więcej od funta kłaków i złamanego szeląga razem wziętych.

  • oryginalny tytuł: Shazam!
  • rok premiery: 2019
  • gatunek: superbohaterowie
  • reżyseria: David F. Sandberg
  • scenariusz: Henry Gayden, Darren Lemke
  • aktorzy: Asher Angel, Mark Strong, Zachary Levi, Jack Dylan Grazer, Djimon Hounsou
  • moja ocena: 6/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Superbohaterowie

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o