Zainspirowany wydarzeniami rozgrywającymi się obecnie w USA wybrałem się na poszukiwania filmów dotykających problemu rasizmu. A że starsze i ważne społecznie dzieła takie jak Zgadnij, kto przyjdzie na obiad (1967, reż. Stanley Kramer) czy Missisipi w ogniu (1988, reż. Alan Parker) mam już za sobą, postanowiłem sięgnąć po coś nowszego. Cóż, wypadło na Miasto gniewu, czyli wielkiego triumfatora Oscarów z 2006 roku, który zdobył wówczas trzy statuetki, w tym dwie teoretycznie najważniejsze: najlepszy film oraz najlepszy scenariusz oryginalny. Tak ważne w świecie kina wyróżnienia zapowiadały świetny film. Niestety Miasto gniewu, podobnie jak niektóre inne oscarowe produkcje, okazało się mdłym i przepełnionym patosem moralitetem nieposiadającym ani większych wartości artystycznych, ani interesujących obserwacji społecznych.

Plakat filmu Miasto gniewu (2004)
Plakat filmu

Miasto gniewu jest de facto czymś w rodzaju filmu nowelowego, w którym występuje kilkunastu głównych bohaterów. Więcej jest pomiędzy nimi różnic, niż podobieństw – co prawda każda z czołowych postaci jest mieszkańcem Los Angeles, ale na tym kończą się ich cechy wspólne. Choć bohaterów odróżnia nie tylko rasa, ale także pochodzenie, wyznanie czy klasa społeczna, ich losy krzyżują się nawzajem podczas zwykłych (jak na film fabularny) wydarzeń z życia codziennego. Każda z tych historii ma rzecz jasna niespodziewane zakończenie… No, przynajmniej w teorii.

Reżyser Miasta Gniewu, Paul Haggis, bez wątpienia chciał nakręcić coś w rodzaju moralitetu wymierzonego przeciwko rasizmowi oraz stereotypom. Miało to pewien potencjał, ale niestety to właśnie scenariusz (nagrodzony Oscarem!) stanowi najgorszy element filmu. Siłą rzeczy w głównym bohaterów produkcji wpisane zostały stereotypy dotyczące ich rasy, klasy społecznej czy wyglądu. Haggis szczególnie skupia się na rasie, która staje się głównym powodem starć (czy to słownych, czy psychologicznych, czy wreszcie fizycznych) pomiędzy coraz to kolejnymi postaciami. Problem w tym, że większość sytuacji kończy się pozytywnie nie ze względu na działania czy poglądy danych postaci, a w wyniku… działania przypadku. Serio! Lepszym tytułem dla polskiego tłumaczenia byłoby Miasto przypadków… Taka wszechobecna rola szczęścia mogłaby świadczyć o istnieniu czegoś w rodzaju filmowej karmy, która nagradza tych dobrych, a karze złych, ale mimo wszystko tak nie jest – karma jest w tym konkretnym przypadku ślepa, niezależnie od tego, czy ktoś przełamuje stereotypy i z nimi walczy, czy też nie. Trochę to mało dydaktyczne, prawda?

Ten nieudany dydaktyzm szczególnie wychodzi na wierzch podczas tych nielicznych sytuacji ze złym zakończeniem. Po pierwsze, miałem wrażenie, że sceny te miały na celu jedynie zasmucić widza. Trudno jest bowiem dojść do innego wniosku, gdy dobry bohater przypadkowo robi krzywdę innemu dobremu bohaterowi, a po tym wszystkim w tle rzępoli smutna muzyka (która, swoją drogą, jest strasznie nachalna i denerwująca). Nie pomaga w tym wszystkim także ogromne nagromadzenie typowo hollywoodzkiego patosu, który irytuje i dodatkowo odrealnia film. Miasto gniewu to pod względem fabularnym nieciekawy moralitet bez elementów alegorycznych ukryty pod płaszczykiem rzekomego autentyzmu. Gdy ów autentyzm znika, pod spodem nie zostaje nic, prócz nieudanego przekazu dydaktycznego oraz mało angażującej fabuły.

I niestety to właśnie mało angażująca fabuła jest moim głównym zarzutem wobec Haggisa. Film o tak ważnej społecznie tematyce dało się zrobić lepiej, zarówno w kluczu realistycznym, jak i stricte alegorycznym. W Mieście gniewu zabrakło mi także angażujących i wiarygodnych bohaterów/ Gdy kręci się film nowelowy z wieloma protagonistami, siłą rzecz znacząco “rozwadnia” się czas ekranowy, który normalnie poświęca się na rozbudowę jednego-kilku najważniejszych postaci. To właśnie dlatego (no, między innymi) pierwsze trzy fazy Marvel Cinematic Universe trwały aż 23 filmy – ich twórcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że w krótszym czasie nie da się wiarygodnie zarysować wszystkich postaci. A protagoniści Miasta gniewu nie są superbohaterami, lecz papierowymi postaciami zbudowanymi na bazie stereotypu (nawet jeżeli, w większości przypadków, jest to finalnie stereotyp podważony i odwrócony). Trudno jest ich traktować w charakterze innym niż laleczki będące jedynie narzędziem w rękach reżysera. Nawet jeżeli jest to narzędzie użyte w słusznym celu, to efekt końcowy nie jest w żadnym stopniu satysfakcjonujący. 

Strasznie szkoda mi Miasta gniewu. Reżyseria jest dość przeciętna, ale wystarczająco dobra, by film miał kilka interesujących momentów. Dzięki dużej liczbie protagonistów obsada produkcji jest dość imponująca, lecz mimo to aktorzy grają co najwyżej poprawnie (za wyjątkiem Dona Cheadle’a, który jako jedyny stworzył psychologicznie wiarygodną postać mającą jakiś charakter). Sporym plusem są też świetnie zrealizowane napisy początkowe, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś serialu. Beznadziejnie wypadła natomiast muzyka, która po prostu jest porażką na całej linii – ścieżka dźwiękowa jest nachalna i w nieznośny sposób podkreśla najsłabsze elementy scenariusza. Zamiast budować pozytywne emocje, denerwuje i zniechęca.

Czy Paul Haggis miał fajny pomysł na film? Tak, zdecydowanie. Niestety wiele rzeczy nie zadziałało podczas realizacji Miasta gniewu, począwszy od jednowymiarowego i niezwykle miałkiego scenariusza, przez konstrukcję protagonistów, aż po irytującą muzykę. Słowo szkoda jest już może i czymś w rodzaju leitmotivu dla tego tekstu, ale mimo wszystko pozwolę je sobie ponownie przywołać – szkoda, że film okazał się klapą i szkoda, że tematyka rasizmu i stereotypów została sprowadzona do łopatologii, która rzadko kiedy tworzy udaną parę z dydaktycznym przesłaniem. Pomimo kilku niezłych scen Miasto gniewu nie sprawdza się ani pod względem pozbawionej głębi, jednowymiarowej treści, ani pod względem artystycznie miałkiej formy.

  • oryginalny tytuł: Crash
  • data premiery: 2004
  • gatunek: dramat
  • reżyseria: Paul Haggis
  • scenariusz: Paul Haggis, Bobby Moresco
  • aktorzy: Don Cheadle, Sandra Bullock, Matt Dilon, Thandie Newton, Terrence Howard, Michael Peña, Ludacris
  • moja ocena: 3/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Dramat

Dodaj komentarz