Nie ma co się dziwić, że po finansowym sukcesie “Johna Wicka” (recenzja tutaj) Lionsgate zabrało się za drugą część przygód tytułowego płatnego eks-zabójcy. A, jak to w kontynuacjach udanych filmów akcji bywa, budżet był większy, więc i wybuchy powinny być większe, tak samo zresztą jak liczba zużytych magazynków oraz suma wszystkich pogrzebów dzień po efektownym zakończeniu akcji. Cóż, taki jest “John Wick 2”. Tylko że, tak właściwie, nie do końca. Problem w tym, że w przepychu formy gubią się najlepsze cechy pierwszej części.

Plakat filmu

Często fabuła w thrillerach bywa jedynie pretekstem do scen akcji. Przykład? Pierwszy “John Wick”, który był de facto prostym kinem zemsty, z wyrazistym protagonistą i kilkoma nijakimi antagonistami. A reszta? Pif, paf, bum. W dwójce zaś rozbudowano scenariusz, wprowadzając do niego intrygę związaną ze środowiskiem mafijnym i tajemniczą Radą Najwyższą, regulującą stosunki wśród płatnych morderców. Dlatego też zanim w drugiej części przejdziemy do akcji, sporo czasu mija na fabularnej gadaninie. Gadaninie, dodajmy, która zbyt pasjonująca nie jest. Intryga jest rozbudowana, ale nie jest w żadnym aspekcie odkrywcza czy ciekawa, po prostu wprowadza do historii kolejnych antagonistów, z którymi mierzy się Wick.

Ale przejdźmy do mięsa filmu, porzucając rozgotowane ziemniaki. Reżyser, Chad Stahelski, miota naszego bohatera pomiędzy dziesiątkami dobrze ubranych i równie dobrze uzbrojonych przeciwników, którzy z owych spotkań za każdym razem wracają na tarczy. Sceny walk, zarówno choreograficznie, jak i realizacyjnie są zrobione z rozmachem, ale i pietyzmem. Krew leje się gęsto, trup pada często, a to wszystko w nietypowych jak na kino akcji lokalizacjach. Wizualnie “John Wick 3” stoi na wysokim poziomie, szczególnie pod względem zdjęć. Niektóre ujęcia są estetycznie wysmakowane, szczególnie pod względem oświetlenia. Wiele kadrów utrzymanych jest w rozmaitych odcieniach błękitu, Stahelski czerpie tutaj ze stylistyki noir. Wygląda to trochę jak połączenie “Łowcy androidów” z “Adrenaliną”.

Problem w tym, że tempo “Johna Wicka 2” jest trochę… dziwne. Początek (poza niezbyt dobrze zrealizowanym prologiem) jest wyjątkowo ospały, a mniej więcej od jednej trzeciej jesteśmy uraczeni prawie nieprzerwaną akcją. Co prawda przerywniki pomiędzy ciągłymi walkami wbijają w fotel, ale odniosłem wrażenie, że im dalej w las, tym mniej w nim różnorodnych gatunków drzew. Stahelskiemu zabrakło chyba pomysłów na urozmaicenie scen akcji, przez co są one zbyt powtarzalne, a w efekcie nużące. Oczywiście sporo tutaj czarnego humoru, który momentami autentycznie bawi, ale przy okazji czasami budzi zażenowanie. Mimo wszystko kompensuje on w wystarczający sposób te co bardziej męczące momenty filmu.

Mam jeszcze jeden zarzut w kierunku dzieła Stahelskiego – protagonista przestał być postacią z krwi i kości. I o ile pierwsza część serii nie oferowała rzecz jasna zaawansowanego rysu psychologicznego tytułowego bohatera, o tyle sprawnie pokazywała go jako człowieka, dzięki czemu widzowie mogli stworzyć z Johnem więź emocjonalną. Zaś w “Johnie Wicku 2” protagonista jest jedynie pewną figurą, odgrywającą niszczycielską rolę będącą połączeniem szachowego króla i hetmana. Nawet sceny z psem nie są w stanie zamaskować tego, że John Wick jest jedynie archetypiczną postacią mściciela, który zerwał się ze smyczy. I nie pomógł tutaj Keanu Reeves, który z żelazną konsekwencją gra w sposób oszczędny.

Świetnie natomiast wypadli antagoniści i postacie poboczne. Wciąż mamy tutaj do czynienia z grubą kreską, ale owe postacie są tak wyraziste, że aż absurdalne. To po prostu działa, na dodatek też dodaje filmu pastiszowego wymiaru (bo, nie oszukujmy się, “John Wick 2” jest w dużej mierze pastiszem. Winston, grany przez Iana McShane, jest jeszcze ciekawszą, fascynującą postacią, niż był w pierwszej części. Doskonale wypadają też Ruby Rose oraz Common w roli antagonistów. Sceny z nimi miały w sobie pazur, szczególnie fenomenalnie zagrana rozmowa w barze, czy walka na sztylety podczas wystawy. Ach, no i wreszcie główny antagonista (w tej roli niezły Riccardo Scamarcio) ma zrozumiałe, ludzkie motywacje. Z myślą o kontynuacji twórcy zawiesili też na ścianie strzelbę Czechowa, w roli której wystąpiła bardzo tajemnicza postać grana przez Laurence’a Fishburne’a. Czekam, aż owa strzelba wypali w trzeciej części, zgodnie z prawidłami sztuki filmowej.

“John Wick 2” to bez wątpienia dzieło udane. Stahelskiemu udało się naprawić najgorszy element pierwszej części, czyli niewiarygodnych antagonistów, dzięki czemu film nabrał wiatru w żagle. Problem w tym, że owe żagle są nieco dziurawe, bo stylistyka scen akcji z czasem przestaje zachwycać, a protagonista z interesującego, wzbudzającego współczucie antybohatera, któremu kibicujemy, stał się zwykłym antybohaterem, który budzi co najwyżej ambiwalentne uczucia. Jasne, dzieło Stahelskiego jest przyjemnym thrillerem, który ogląda się jednym tchem, ale nie zachwyca już tak jak pierwszy “John Wick”.

  • oryginalny tytuł: John Wick 2
  • rok premiery: 2017
  • gatunek: thriller
  • reżyseria: Chad Stahelski
  • scenariusz: Derek Kolstad
  • aktorzy: Keanu Reeves, Riccardo Scamarcio, Ian McShane, Ruby Rose, Common, Laurence Fishburne, Lance Reddick
  • moja ocena: 6/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Thriller

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o