Czasami mam wrażenie, że Hollywood to koszmarny aparat biurokratyczny o rozmiarze i skomplikowaniu przerastającym nawet możliwości Asterixa i Obelixa. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że Małe rzeczy czekały na rozpoczęcie produkcji od 1995 roku? To właśnie wtedy John Lee Hancock, stojący dopiero u progu kariery, sprzedał finalną wersję scenariusza, która krążyła pomiędzy studiami, aż po ponad dwudziestu latach wróciła do twórcy. Można uznać, że to zwykła ironia losu, można też spekulować, że dobry scenariusz nie mógł tyle przeleżeć w szufladzie, choć przeczy temu choćby historia powstania wybitnego Bez przebaczenia (1993, reż. Clint Eastwood). Porzućmy jednak jałowe rozmyślania i przyjrzyjmy się rzeczywistości. Małe rzeczy ostatecznie powstały i trafiły do kin, a ja zainteresowałem się filmem nie tylko ze względu na tematykę, ale też obecność w obsadzie Denzela Washingtona. Czy John Lee Hancock stanął na wysokości zadania jako scenarzysta i reżyser? Cóż, odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana.

Małe rzeczy opowiadają o dwóch policjantach – doświadczonym detektywie Joe Deaconie, który zdążył już zaliczyć kilka wpadek i uciekł przed pracą śledczego na prowincję, oraz młodym Jimie Baxterze, przykładnym przedstawicielu amerykańskiej klasy średniej (piękna żona, dwie córeczki, dom z basenem, dobrze skrojony garnitur z krawatem). Baxter próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy grasującego po Los Angeles i okolicach, zaś Deacon zupełnie przypadkiem trafia w jej sam środek. Zaczynają dręczyć go duchy przeszłości, a gdy w śledztwie pojawia się podejrzany, Albert Sparma, bohaterowie zaczynają współpracować i wspólnie prowadzą dochodzenie, powoli wkraczając przy tym w odmęty obsesji…
Wbrew temu, co mogą sugerować zwiastuny, film nie jest tak naprawdę kryminałem czy thrillerem, a raczej spokojnym dramatem skupiającym się na obu głównych bohaterach. Kluczowa dla Małych rzeczy jest nie sprawa seryjnego mordercy czy winy lub niewinności Sparmy, a spustoszenia, jakie pozostawia obsesja w psychice policjantów śledczych. To oczywiście bardzo ograny motyw, który ciężko opowiedzieć w nowy sposób. Hancock nie sili się na innowacyjność, a stawia na zaskakująco kameralną, wręcz melancholijną opowieść, niespiesznie prowadzącą widzów do punktu kulminacyjnego. Pomiędzy zawiązaniem akcji i jej rozwiązaniem nie dzieje się zbyt wiele – ot, policjanci systematycznie idą za coraz to kolejnymi poszlakami i budują sprawę przeciwko Sparmie. Klasyka kina policyjnego, bez