Kto mnie zna ten wie, że lubię kino eksploatacji. No dobra, nie jestem może jego najwierniejszym fanem, ale mimo wszystko uwielbiam oglądać filmy utrzymane w tej konwencji, szczególnie jeżeli flirtują one z horrorem lub komedią. Ponieważ Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to wyjątkowo szalona czarna komedia zahaczająca o teensploitation, mogłoby się wydawać, że jestem niemal modelowym odbiorcą najnowszej polskiej produkcji Netflixa. A jednak seans wyreżyserowanego przez Jana Belcla filmu okazał się dla mnie przeżyciem zaskakująco męczącym i traumatycznym.

Plakat filmu Wszyscy moi przyjaciele nie żyją (2020)
Plakat filmu

Fabuła filmu jest banalnie prosta – poznajemy kilkanaście postaci, które przeżywają (no, tak właściwie to nie do końca) rozmaite perypetie podczas imprezy sylwestrowej. Wraz z upływem czasu i ubytkiem alkoholu oraz narkotyków ich wątki zaczynają się coraz bardziej splatać, by wreszcie połączyć się w krwawym i wybuchowym finale.

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to film na wskroś postmodernistyczny, dlatego nie mogło w nim zabraknąć żonglowania wszystkim, włącznie z elementami opisanej wyżej historii, którą reżyser zamyka w narracyjnej szkatułce wewnątrz wątku śledztwa policyjnego przeprowadzanego w następny dzień. Belcl w ten sposób już na starcie pokazuje widzom niezwykle krwawy finał imprezy. To stara jak świat sztuczka, która ma na celu wzbudzenie w odbiorcy zaciekawienia rozwojem akcji. Wkręceni w oczekiwanie na wyjaśnienia znacznie łatwiej wciągniemy się w akcję i będziemy zadawali mniej pytań w jej trakcie, co czysto teoretycznie pozwala na wyeksponowanie eksploatacyjnej strony produkcji.

Ta ostatnia niestety zwyczajnie nie działa, co jest najpoważniejszym, śmiertelnym grzechem filmu, na dodatek grzechem, którego nie da się odkupić. W końcu kino eksploatacji powinno niemal całkowicie ignorować granice moralne narzucone na sztukę głównego nurtu, a także sprawić, że widz choć na chwilę zrzuci kajdany dydaktyzmu i powagi. Pod tym względem Wszyscy moi przyjaciele nie żyją sprawdzają się na piątkę. Dzieło Belcla przeładowane jest seksem, przemocą, brutalnością, a także dość obrazoburczym stosunkiem do religii czy zasad współżycia społecznego. To jeden z tych filmów, na których przykładzie Kościół katolicki może grzmieć o upadku cywilizacji zachodniej i końcu moralności. Nie będzie przy tym całkowicie bez racji, choć tego typu hipotetyczne komentarze świadczyłyby o głębokim niezrozumieniu idei stojącej za tego typu kinem. Ale to już materiał na zupełnie inny tekst.

Jednak ignorowanie granic jest jedynie jednym z dwóch kluczowych aspektów kina eksploatacji. Drugim z nich jest przyjemność – widz powinien czerpać z seansu specyficzny, prymitywny radości. Niestety Wszyscy moi przyjaciele nie żyją w tym właśnie elemencie są całkowitą porażką. Powód jest prosty – krindż. To popularne zapożyczenie z języka angielskiego teoretycznie powinno być tożsame z polską „żenadą”, ale tak naprawdę jego zakres znaczeniowy jest znacznie szerszy i lepiej opisuje moje wrażenia z seansu. Dzieło Belcla budziło we mnie ogromny dyskomfort, przez co zwyczajnie nie byłem w stanie czerpać z niego jakiejkolwiek radości. Czy winą tego są dziwnie brzmiące dialogi, czy przegięty scenariusz, czy wreszcie ogromny fałsz, który wkradł się w próbę przedstawienia młodzieżowego świata – nie wiem, natomiast na obecność krindżu jestem ponadprzeciętnie wyczulony, więc jego ogromne dawki stały się dla mnie przeszkodą nie do pokonania.

Oczywiście doceniam techniczne aspekty dzieła Belcla. Reżyser pokazuje, że w procesie gotowania postmodernistycznej zupy czuje się nieźle, nawet jeżeli ostateczny efekt jest niejadalny. Czego we Wszystkich moich przyjaciołach… nie ma – są żółte napisy rodem z filmów Tarantino, są sceny seksu niezwykle odważne jak na polskie warunki, są papierowe postacie oparte na stereotypach, są nawiązania do co najmniej kilku znaczących tekstów kultury (Lśnienie Kubricka, Wesele Wyspiańskiego), wreszcie jest żonglerka konwencjami oraz zabawa narracją zwieńczona dziwaczną końcówką. A propos finału: Belcl odwraca w nim centralny schemat filmu, czyli „gone horribly wrong”, na jego przeciwieństwo – „gone horribly right”. Fragment ten jest jakby żywcem wyjęty z zupełnie innego filmu i być może nawet oznacza coś ciekawego czy wartościowego, ale jak przystało na postmodernistyczny koktajl nawet nie próbowałem szukać w nim jakiś sensów. Zresztą wam też to odradzam, bo końcówka dzieła Belcla swoją nieczytelnością przypomina końcówkę Domu, który zbudował Jack (2018, reż. Lars von Trier). Pozostaje wzruszyć ramionami i westchnąć ze stoickim spokojem.

Warto przy tym docenić solidne, na wskroś amerykańskie zdjęcia, ciekawe kostiumy, a także grę niektórych aktorów, którzy ewidentnie włożyli w swoją grę sporo serca, szczególnie że role były raczej niełatwe. Na plus wyróżnia się świetna Monika Krzywkowska jako epatująca seksem kobieta w średnim wieku oraz jeszcze lepszy Paweł Bobik jako dostawca pizzy, natomiast bardzo słabe występy zaliczyła jak zwykle mdła i sztuczna Julia Wieniawa (podczas jej ględzenia o astrologii chciałem wydłubać sobie uszy) oraz aktor grający mormońskiego misjonarza. Tak na marginesie – szanuję odwagę Belcla w ignorowaniu granic związanych z religią, które w polskiej kulturze są równie surowe, co w niektórych państwach wyznaniowych. Niestety religię warto wyśmiewać z pewnym smakiem (pisze to wojujący ateista), a tego w filmie zwyczajnie zabrakło, co tylko dołożyło się do wspomnianego krindżu.

Prawdę mówiąc nie dziwi mnie ogromna polaryzacja zdań wśród publiczności oraz krytyków. Spośród tych ostatnich część uważa, że Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to jeden z najlepszych polskich filmów zeszłego roku, a część określa dzieło Belcla mianem gniota. Bardziej wyważonych opinii jest niewiele, a szkoda, bo film nie zasłużył ani na falę hejtu, ani na entuzjastyczne pochwały. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją są przecież w kontekście polskiego kina dziełem eksperymentalnym i nie mam pretensji do twórców, że eksperyment ten się nie udał. Doceniam niezłą reżyserię Belcla oraz postmodernistyczne mieszanie wszystkiego z wszystkim, ale wszechobecny krindż sprawił, że film nie dostarczał radości z seansu, przez co nie spełniał założeń przyjętej konwencji kina eksploatacji.

PS. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją mają w sobie rzecz jasna elementy pastiszu gatunku komedii o nastolatkach, ale jest to pastisz na tyle nieudany, że trudno jest odebrać całość przez jego pryzmat.

  • oryginalny tytuł: Wszyscy moi przyjaciele nie żyją
  • rok premiery: 2020
  • gatunek: czarna komedia
  • reżyseria: Jan Belcl
  • scenariusz: Jan Belcl
  • aktorzy: Julia Wieniawa, Monika Krzywkowska, Mateusz Więcławek, Aleksandra Pisula, Adam Bobik, Nikodem Rozbicki
  • moja ocena: 3/10

Udostępnij recenzję:

Categorised in: Czarna komedia

Leave a Reply