O katastrofie Kurska dowiedziałem się rok temu dzięki zapowiedzi gry stworzonej przez polskie studio Jujubee. Zrobiłem research, poczytałem co nieco na temat samej tragedii, jak i wspomnianej wyżej gry. Dowiedziałem się, że równolegle do gry powstaje amerykański film dotyczący katastrofy, na dodatek w reżyserii nie byle kogo, a Thomasa Vinterberga, całkiem znanego i utalentowanego twórcy. Od tamtego czasu czekałem na „Kursk”. I nawet się nie zawiodłem.

Plakat filmu

Film opowiada o katastrofie Kurska, rosyjskiego okrętu podwodnego o napędzie jądrowym. Wydarzenie miało miejsce w dwutysięcznym roku, podczas dużych ćwiczeń rosyjskich na Morzu Barentsa. Wypadek obił się szerokim echem wśród światowych mediów, głównie za sprawą kontrowersyjnej akcji ratunkowej. Vinterberg w „Kursku” pokazuje katastrofę od kilku różnych stron, sprawnie wprowadzając perspektywę zarówno samych marynarzy, ich żon, jak i dowództwa rosyjskiej marynarki wojennej oraz pewnego życzliwego, brytyjskiego kontradmirała. Mnogość spojrzeń pozwala lepiej wyeksponować tragedię zarówno samych rozbitków, jak i właściwie wszystkich innych bohaterów wtłoczonych w bezwzględną machinę rosyjskiej biurokracji.

Pomimo całej mojej sympatii do Colina Firtha, wątek z nim w roli wcześniej wspomnianego Brytyjczyka mocno odstaje od całości. Wydawał mi się naiwny i wprowadzony na siłę, tylko po to, by skontrastować dwie armie – tą złą, rosyjską, i tą dobrą, brytyjską. Oczywiście pamiętajmy, że film oparty jest na faktach, a Wielka Brytania faktycznie szybko zaproponowała pomoc, ale i tak zabieg ten kojarzył mi się z prymitywnym zestawieniem biały-czarny, tak popularnym w wielu filmach propagandowych.

Świetnie natomiast wypadły dwa inne wątki, zajmujące właściwie większość czasu ekranowego. Jeden z nich śledzi walkę rozbitków o przeżycie. Uwięzieni we wraku marynarze mają kaprawe, rosyjskie mordy, przez co są momentami zbyt stereotypowi. Mimo to sytuacja marynarzy jest bardzo zmienna, a dzięki umiejętnemu prowadzeniu fabuły łatwo udało mi się zżyć z najważniejszymi postaciami. Trochę szkoda, że ci w większości szeregowi i zwykli Rosjanie są postaciami bez większych wad. Ciężko znaleźć mi w ich charakterach jakiekolwiek poważne skazy. Reżyser odchodzi tutaj od próby uwiarygodnienia psychologii bohaterów filmu na rzecz ich heroizacji, zdecydowanie też idzie w kierunku wywoływania w widzu emocji. I wychodzi mu to dobrze, choć nie świetnie. Momentami niknął klimat przebywania wśród gromady rosyjskich marynarzy, głównie dlatego, że całość dialogów jest w języku angielskim. Wolałbym, żeby film zrobili Rosjanie w ich ojczystym języku, bo słuchać rozmów rosyjskich marynarzy najlepiej jest po rosyjsku, no ale cóż, rozumiem powód podjęcia takiej decyzji, wszak na „Kursk” muszą też pójść amerykańscy widzowie, bo inaczej koszt produkcji by się nie spłacił.

Reklama

Absolutnie pokochałem wątek żon marynarzy okrętu, które starają dowiedzieć się jak najwięcej o losach mężów. Najważniejsza z nich, grana przez Léę Seydoux bohaterka była prawdziwie silną kobietą, a zarazem kochającą żoną i matką. To najlepszy dowód na to, że da się wykreować wiarygodną i epatującą siłą kobietę, które może zarazem przedkładać swoją rodzinę nad wszystko inne. Świetnie wyszły sceny na blokowiskach, które subtelnie podkreśliły zżycie miejscowej społeczności. Konferencje prasowe rosyjskiego dowództwa floty, które starało się uspokoić rodziny członków załogi okrętu podwodnego były natomiast nieco zbyt przerysowane, w niektórych momentach groteskowe, ale mimo to pasowały do obrazu bezlitosnej biurokracji.

W pamięci zapadła mi scena ostatniego wypłynięcia Kurska na morze. Przypominała obraz, bardzo estetyczny swoją drogą. Majestatyczny okręt, znikający w głębinach morza, udaje się w ostatnią podróż… Zaiste poetycki moment. Dobrze ograno wnętrze Kurska po katastrofie. Wtedy, kiedy trzeba było Ujęcia były klaustrofobiczne, a sceny akcji odpowiednio dynamiczne. Niezłe był też zdjęcia podwodne, szarobure i nijakie, podkreślały położenie marynarzy i brak nadziei na ratunek. W ucho wpadła mi chóralna, prawosławna muzyka, fajnie wpasowująca się w klimat prowincjonalnej Rosji.

Pomimo dość dużych oczekiwań nie rozczarowałem się „Kurskiem”. To bardzo dobry film, momentami zbyt przerysowany, momentami gubiący klimat, ale przedstawiający katastrofę z sercem. Vinterberg dobrze poprowadził aktorów, dzięki czemu wycisnął ze mnie dużo różnych emocji, głównie smutku. Bo tak naprawdę film ten to przecież smutna historia o prawdziwej tragedii, która miała miejsce ledwo osiemnaście lat temu, a także o bezduszności rosyjskiego aparatu biurokracji, rządzącego państwem twardą ręką.

Film zobaczyć można w kinach.

  • oryginalny tytuł: Kursk
  • data premiery: 2018
  • gatunek: dramat
  • reżyseria: Thomas Vinterberg
  • scenariusz: Robert Rodat
  • aktorzy: Matthias Schoenaerts, Colin Firth, Léa Seydoux, Max von Sydow
  • moja ocena: 8/10

Categorised in: Dramat

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o