Jestem już zmęczony współczesnymi horrorami głównego nurtu, które w większości sprowadzają się do remake’ów klasyki kina. Nie dość, że pełno w nich mdłych jumpscare’ów oraz niezbyt dobrze wyglądającego CGI, to jeszcze odczuwam w nich brak choć odrobiny artyzmu czy świeżości. Na szczęście jednak poza chciwymi biurami amerykańskich korporacji filmowych żyją niezależni reżyserzy, którzy może i mają do dyspozycji małe budżety, ale są w stanie przyciągnąć widza czymś znacznie ważniejszym niż włożone w produkcję pieniądze – pomysłem, zaangażowaniem oraz miłością do kina. I do tej grupy zaliczyłbym Ti Westa, który mimo ograniczonych funduszy stworzył świetny film.

Plakat filmu

Historia w Domie diabła jest prosta jak but i korzysta z utartych w kinie schematów. Lata 80. Samantha to młoda studentka, która ma na oku nowe mieszkanie. Brakuje jej jednak pieniędzy, jak to na studiach bywa, przez co musi na gwałt załatać finansowe braki. Gdy dziewczyna znajduje na kampusie rozwieszone ogłoszenie o pracę w charakterze opiekunki, nie waha się długo i przyjmuje propozycję. Wielka rezydencja na odludziu nie budzi zaufania, zresztą tak samo jak zamieszkująca ją osobliwa para, ale jako że czterysta dolarów za kilka godzin pracy piechotą nie chodzi, Sam postanawia pozostać w domu.

Fabuła filmu to de facto żonglerka kliszami znanymi z horrorów nakręconych w latach 80. A zatem mamy tutaj typową cichą myszkę, ostoję moralności, zestawioną ze swoimi rówieśnikami-hedonistami. Ot, wykapana Laurie Stroder z Halloween. Wszystko to podsycone jest charakterystycznym dla tamtego okresu lękiem przed satanistycznymi kultami. Gdy dodać jeszcze typowe dla horroru rekwizyty, takie jak stara posiadłość na odludziu, cmentarz, czy elegancko ubrani, dziwnie wyglądający staruszkowie, wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z kolejnym filmem ślepo zapatrzonym w główny nurt gatunku. Tak jednak nie jest, głównie dlatego, że diabeł, nomen omen, tkwi w szczegółach, a konkretniej w wykonaniu.

Dom diabła jest bowiem rozczarowujący jedynie w warstwie fabularnej. Brakuje tutaj dwóch rzeczy: nieco lepszego zakończenia i, co znacznie bardziej istotne, jakiegoś przesłania lub choćby treści, które reżyser chciałby przekazać. West doskonale zdaje sobie sprawę, że fabuła jest przewidywalna i z premedytacją nie raczy widzów zbędnymi twistami czy nadmiarem akcji. Tak właściwie to przez zdecydowaną większość Domu diabła na ekranie nie dzieje się nic konkretnego. Do pewnego stopnia West bawi się konwencją slashera i trawestuje Halloween, a przy okazji często i gęsto nawiązuje do innych klasycznych filmów grozy. Niestety po odarciu jego opowieści z formy ukazuje się nie fabularny diament, lecz pospolity kamień. No, może nie do końca jest to zwykły, omszony głaz lasu, a raczej coś w rodzaju czarciego kamienia z wyrzeźbionymi weń pentagramami i okultystycznymi symbolami.

Tak właściwie najważniejszym elementem dzieła Westa jest jego forma. Już na początku film wita widza pomarańczowymi napisami wyjętymi wprost z estetyki lat 80, połączonymi na dodatek z charakterystycznym, rwanym montażem i fascynującą stylistyką ujęć. Nie ma w filmie jednego momentu, który by zaburzał historyczną stylizację. Dom diabła od początku do końca wygląda, jakby został zrealizowany w latach 80. Kolory są dość wyblakłe i niezbyt jaskrawe, a realia tamtych czasów zostały podkreślone wieloma szczegółami, które, w przeciwieństwie do wielu innych filmów, nie rażą swoją nachalnością. West wie, że nie warto maniakalnie ukazywać charakterystycznych dla lat 80 przedmiotów i widoków.

Bez wątpienia główną siłą Domu diabła jest jego klimat. Reżyser bardzo powoli, z niezwykłym pietyzmem przedstawia nam główną bohaterkę i jej otoczenie. Nie boi się korzystać z długich, pozornie statycznych ujęć i pięknie zaplanowanych kadrów, które kojarzyły mi się trochę z 2001: Odyseją Kosmiczną, oczywiście w znacznie mniejszej skali. West, podobnie jak Kubrick, wielokrotnie korzysta z jednopunktowej perspektywy, choć w przeciwieństwie do mistrza kina zawsze zaburza nieznacznie symetrię kadru. Zabieg ten, połączony z powolnymi najazdami kamery rodem ze Lśnienia i doskonałym wykorzystaniem dostępnej scenografii, buduje w widzach uczucie niepokoju. Celowe deformowanie niektórych ujęć, a także niewielka liczba występujących w filmie osób skutkuje pustką w większości kadrów, które doskonale oddają wyobcowanie bohaterki, a przy okazji widzów.

Poza zachwycającym realizacyjnym pięknem Dom diabła oferuje także wspaniałą ścieżkę dźwiękową. Do napisanych na potrzeby filmu kompozycji dodano rzecz jasna trochę mało znanej, lecz jakże klimatycznej muzyki z epoki. Ścieżka dźwiękowa nie jest zanadto inwazyjna, a Westowi udało się perfekcyjnie wmontować ją w film, dzięki czemu subtelnie wkomponowuje się w akcję. Ciężko nie docenić także kilku odważnych decyzji reżysera, włącznie z brakiem wykorzystania jumpscare’ów. Bardzo też cieszy wiarygodne odegranie przez główną aktorkę odruchowych gestów Samanthy – dziewczyna ma swoje nawyki i nie jest robotem, potrafi też szybko myśleć i skutecznie działać.

Horrory takie jak Dom diabła, czyli stawiające na misterne, cierpliwe budowanie klimatu i gęstej atmosfery, to bez wątpienia mój ideał gatunku. Mimo że powolne tempo trwa właściwie praktycznie przez cały film i prowadzi do zakończenia, które dla wielu widzów okazać się może rozczarowujące, to jednak mimo tego zakochałem się w niepowtarzalnym, niepokojącym klimacie połączonym z estetyką lat 80; stworzenie takiego efektu było dla reżysera ewidentnie celem samym w sobie. Dom diabła ogląda się znakomicie nawet pomimo nieco wybrakowanej treści i braku efekciarstwa. Ti Westowi należy się pochwała za to, że przy tak niewielkim budżecie udało mu się nakręcić horror, który hipnotyzuje estetyką i zachwyca piękną warstwą audiowizualną.

  • oryginalny tytuł: The House of the Devil
  • data premiery: 2009
  • gatunek: horror
  • reżyseria: Ti West
  • scenariusz: Ti West
  • aktorzy: Jocelin Donahue, Tom Noonan, Mary Woronov
  • moja ocena: 8/10
Udostępnij recenzję:

Categorised in: Horror

Dodaj komentarz